20.1.19

Kotek | 2

1 komentarz

Gdy tylko otworzył drzwi, mroźne powietrze owinęło mnie niczym szal. Prószył śnieg, a ja miałam na sobie tylko czarne leginsy i sweter. Zadrżałam, a on szedł przed siebie. Marzyłam, żebyśmy spotkali jakiegoś człowieka, jednak uliczka była pusta. Nawet lampa, która zwykle świeciła na żółto, teraz zgasła i otaczał nas półmrok.
– Uważaj pod nogi – powiedział, jak gdyby nigdy nic.
– Puść mnie, bo zacznę krzyczeć! – zagroziłam.
– Omówiliśmy już tę kwestię. – Był spokojny i to mnie wkurzało jeszcze bardziej. Niemal dygotałam z wściekłości. Cały strach się ulotnił, została tylko furia. Wciągnęłam głęboko powietrze, by zacząć zaraz krzyczeć, kiedy on niespodziewanie zatkał mi usta i ścisnął nos. Nie było mu pewnie łatwo iść z rękami tak wykorzystanymi na moją osobę, jednak ja nie dałam rady oddychać, co było gorsze. Mimo powietrza wewnątrz płuc, zaczęłam się dusić i szamotać. Trzymałam dłoń na jego ręce, próbując oderwać ją od mojej twarzy, jednak był o wiele silniejszy.
– Będziesz grzeczna? – spytał chyba po pół minucie. Szybko kiwnęłam głową i błagalnie na niego spojrzałam. Puścił moje usta, a ja łapczywie wciągałam powietrze. Wciąż szliśmy, zbliżaliśmy się do parkingu. Ciężko dyszałam i nie zwracałam uwagi na to, gdzie stawiam kroki. Aleksander chwycił mnie pod ramię, zostawiając włosy w spokoju. Byłam jednak na tyle przestraszona, że nie robiło mi to już różnicy. Teraz nie zdołam uciec, jednak na pewno ucieknę. Nie mogło być inaczej.
Wepchnął mnie do samochodu, a gdy usiadł za kierownicą, nie mogłam otworzyć drzwi. Wróciły mi siły i zaczęłam krzyczeć i uderzać w szybę. Zostawiłam śnieg na skórzanym, jasnym siedzeniu, gdy szamotałam się w środku.
– Wypuść mnie! – wrzasnęłam w stronę Aleksandra, który uruchomił silnik i zaczął wyjeżdżać z parkingu. – Zaraz przyjdzie babcia i wezwie policję! Zaraz cię wsadzą za kratki, ty… ty głupi, durny dupku!
– Julio… – zaczął ostrzegawczo. Rozpłakałam się i znów uderzałam w szyby, jednak nawet nie drgnęły. Drżałam z zimna i strachu, śnieg na siedzeniu się stopił i zmoczył moje leginsy, powodując jeszcze większy szloch i dreszcze.
– Proszę, dam ci co chcesz, tylko puść mnie – mówiłam, wciąż płacząc. Widziałam, że jechaliśmy już po ulicy. Mijały nas samochody, a droga rozjaśniana była co jakiś czas lampami. Gapiłam się uporczywie przez szybę, starając się dowiedzieć, którędy jedziemy, jednak wszystko zlewało się w kolorową, ciemną plamę. – Gdzie mnie zabierasz? – spytałam, nie doczekując się odpowiedzi na poprzednie błaganie.
– Jedziemy do mojego domu – odparł.
– Ale… – zaczęłam, jednak on nie pozwolił mi dokończyć.
– Kotku, nie czas teraz na dyskusje. Chyba dobrze by było, gdybyś się przespała – powiedział.
– Ja…
– Ułóż się wygodnie. – Znów wtrącił mi się w zdanie.
Ze szlochem usiadłam, wycierając rękawem zasmarkany nos. Cisnęłam Lucjanem i pudełkiem z okularami na drugi koniec siedzenia. Nerwowo rozglądałam się po samochodzie, usiłując znaleźć cokolwiek, dzięki czemu mogłabym uciec. Nic nie przychodziło mi do głowy, byłam wykończona strachem i ciągłym płaczem. Wygodny fotel ogrzewał moje zmarznięte mięśnie. Troszkę się rozluźniłam, jednak wciąż targał mną szloch i ciągle wycierałam nos.
– Masz, wytrzyj się i już uspokój – powiedział Aleksander, podając mi paczkę chusteczek. Wytrąciłam mu ją z ręki, a ona spadła pod fotel, tuż pod moimi nogami. Mężczyzna westchnął i zamruczał coś do siebie pod nosem. Po chwili schyliłam się i podniosłam je. Wyciągnęłam jedną chusteczkę i wysmarkałam się w nią. Widziałam, że mężczyzna patrzy na mnie z lusterka z przyganą, ale i nieskrywanym zainteresowaniem. Prychnęłam do jego odbicia i rzuciłam mu zużytą chusteczkę na kolana. Uśmiechnął się tylko i położył ją na wolnym siedzeniu pasażera obok siebie.
– Idź do diabła! – krzyknęłam, ale opadłam na oparcie i założyłam ręce na piersi. Ciężko oddychałam, musiałam trochę odpocząć, nim wysiądziemy, żebym miała siłę wtedy uciec. Na pewno uda mi się wyrwać i pobiec do ludzi, którzy mi pomogą. Patrzyłam jak zmienia się krajobraz za oknem. Z ruchliwej ulicy zjechaliśmy na spokojne drogi, otoczone białymi lasami.
– Gdzie my jesteśmy? – spytałam po dłużej chwili milczenia.
Wokół powoli nastawała całkowita ciemność, rozjaśniana jedynie światłami samochodów. Ciężkie chmury zasłoniły całkiem niebo, nie prześwitywały ani gwiazdy, ani księżyc. Białe drzewa zmieniły się w białą smugę.
– Nie jedziesz za szybko? – Wychyliłam się lekko do przodu, chcąc odczytać prędkość pojazdu.
– Kotku, nie martw się – powiedział. Był stanowczo zbyt blisko mnie. Poczułam zapach jego ust, a potem wycofałam się na bezpieczne tylne siedzenie.
– Nie mów tak do mnie – odparłam niespokojnie.
– Kotku?
– Tak. Nie jestem żadnym kotkiem. Odwal się, palancie – warknęłam, a on się tylko zaśmiał.
– Więc jak mam do ciebie mówić, kotku?
– Nie mów wcale! Wypuść mnie! – wrzasnęłam i uderzyłam go dłonią w głowę. Samochodem zachwiało, ale zaraz się uspokoił. Przytrzymałam się uchwytu, a serce na chwilę przestało mi bić.
– To było bardzo złe posunięcie, zwierzaczku – powiedział spokojnie, jednak jego oddech stał się szybszy i głębszy. Naraz wróciły do mnie wspomnienia z książki, w której mężczyzna identyczne nazywał swoją niewolnicę. Jednocześnie poczułam się podniecona i przerażona. Czy on zamierzał ze mną zrobić to samo, co w tej książce?
– Zwierzaczku? – wydusiłam z siebie, czując jak samochód zwalnia.
– Też to czytałem.
Prawie zemdlałam, gdy to usłyszałam. W moich myślach pojawiły się obrazy, o których fantazjowałam, czytając powieść. Wtedy mój brzuch wypełniał się podnieceniem, które eksplodowało między nogami, a teraz żołądek podjeżdżał mi do gardła.
– Proszę… – zaczęłam moją litanię, jednak on przerwał mi ruchem dłoni.
– Wystarczy już tego – powiedział. – Zaraz wysiadamy. Wytrzyj twarz.
Opadłam bezsilnie na siedzenie i znów zapłakałam. Pozwoliłam sobie na ostatnie łzy i obiecałam, że gdy tylko wysiądę z tego przeklętego samochodu, będę walczyć o wolność, dopóki nie umrę. Osuszyłam oczy i buńczucznie spojrzałam w odbicie Aleksandra.
Samochód się zachybotał, wjechaliśmy na żwirowaną drogę. Spojrzałam przez szybę i zobaczyłam wielki, oświetlony dom. Był jasnego koloru, a śnieg idealnie do niego pasował. Aleksander zaparkował przed nim i wysiadł z samochodu. Powstrzymałam się, by nie wcisnąć się na jego miejsce i nie wyskoczyć przez drzwi, jednak od razu by mnie złapał. Musiałam przez chwilę grać grzeczną dziewczynkę.
Mężczyzna bez pośpiechu zamknął za sobą drzwi i nim otworzył moje, odebrał telefon. Rozmawiał parę minut, a ja patrzyłam się na niego ze strachem, zerkając co jakiś czas na jego ogromną posiadłość. Ile ten człowiek ma pieniędzy? I jak je zarabia? Może sprzedaje takie głupie nastolatki? Może tak jak Caleb robi z nich niewolnice, a potem dostaje za nie kupę kasy? Rozdygotałam się i zrobiło mi się okropnie zimno. Wzięłam do ręki Lucjana i go przytuliłam. Nie rozpłakałam się.
Drzwi się otworzyły, a do samochodu wpadło mroźne powietrze. Wzięłam głęboki oddech. Mężczyzna w brązowej marynarce stał przed drzwiami i zapraszał mnie do wyjścia. Byłam przerażona. Chciałam uciec, tak bardzo tego pragnęłam. Musiałam wyjść z pojazdu, żeby to zrobić. Podał mi dłoń. Nie chciałam go dotykać. Powoli przysunęłam się w stronę chłodu.
Aleksander się uśmiechał i wciąż wyciągał do mnie rękę. Zachęcał mnie, żebym ją złapała. Chciał mi pomóc wyjść z samochodu. Mruknął niecierpliwie, gdy ominęłam jego dłoń i samodzielnie wylazłam z wielkiego pojazdu. Teraz zauważyłam, że jego lakier był biały, niczym śnieg. Rozejrzałam się szybko, szukając odpowiedniej drogi do ucieczki. Wokół posiadłości ciągnęły się lasy. Droga, którą tu przyjechaliśmy, niknęła w mroku. Nie widziałam wyraźnie, bo okulary wciąż spoczywały w granatowym pudełku. Żałowałam, że nie założyłam ich podczas podróży. Byłam krótkowidzem, więc powinnam je nosić na stałe, jednak nie były dobrze dopasowane i ciągle mi spadały.
Zerknęłam na mężczyznę. Przyglądał mi się uważnie, ale był cały spięty. Chyba spodziewał się, że będę chciała uciec. Nie chciałam go zawieść, więc bez wahania ruszyłam żwirową ścieżką, którą chwilę temu jechałam samochodem. Kamienie brzęczały pod moimi butami, a ja ciężko dyszałam. Przebiegłam może pięćdziesiąt metrów, kiedy przede mną wyrosła potężna brama. Była wysoka na trzy metry, a wokół ciągnął się potężny mur. Załamałam się. Mimo wszystko spróbowałam się na nią wspiąć, chociaż pionowe kraty nie nadawały się do włażenia po nich. Ślizgałam się, Lucjan upadł na kamienie, a ja znów płakałam.
– No już – usłyszałam. Aleksander znowu stał koło mnie. Otoczył mnie ramieniem, a ja nie zepchnęłam jego ręki, bo wycierałam nos. Byłam przeraźliwie smutna i samotna. – Nie płacz. Chodź, pójdziemy do ciepłego domu. Zrobię ci gorącą czekoladę.
– Nie chcę twojej głupiej czekolady – załkałam żałośnie. Jego dłoń pogładziła mnie po włosach, a ja spięłam się na wspomnienie bólu, który zadał mi w mieszkaniu.
– Podnieś Lucjana – powiedział spokojnie i zdjął ze mnie rękę. Skąd wiedział jak nazywa się mój zając? Nie mówiłam na głos jego imienia. Schyliłam się i wzięłam do ręki szarego przyjaciela. Otrzepałam go z kamyków. Aleksander znów mnie objął, jednak teraz uciekłam przed jego dotykiem. Nie spodobało mu się to. Przywołał mnie gestem, a gdy się nie ruszyłam, sam pokonał jednym krokiem dzielącą nas odległość. Złapał moje włosy i zaczął iść w stronę domu. Syknęłam z bólu.
– Puść mnie, puść! – wołałam, idąc za nim. – Przepraszam! Już będę grzeczna!
Stanął i zwolnił uścisk. Pomasował moją głowę z uśmiechem, a ból przeszedł w przyjemne pieczenie. Mimo to byłam na niego wściekła. Miałam ochotę trzepnąć go w tę łapę. Chyba zobaczył w mojej postawie bunt, bo położył dłoń na moich plecach i pchnął mnie w stronę domu.
– Czemu mi to robisz? – spytałam. – Czemu akurat ja?
– Wyjaśnię ci wszystko w domu.
Pragnęłam uciekać, jednak nogi pozwoliły prowadzić się przez bruneta. Rozglądałam się niespokojnie, poszukując czegokolwiek, co mogłoby mi pomóc. Im bliżej drzwi domu się znajdowaliśmy, tym mocniej biło mi serce.
– Wypuść mnie – zapłakałam, próbując uciec w bok, jednak sprawnie chwycił mnie za rękę. Szarpnęłam się, lecz nie mogłam być silniejsza od niego. Patrzył na mnie trochę z rozbawieniem, jednak w jego oczach wciąż tliła się władczość, zniecierpliwienie i złość. – Chcę do domu!
Bez większego trudu przepchnął mnie przez wielkie drzwi.

18.1.19

Kotek | 1

Brak komentarzy
– Wychodzę. – Babcia uchyliła drzwi do mojego pokoju i spojrzała na mnie. Leżałam na łóżku, czytając Dotyk ciemności, erotyczną książkę, która sprawiała, że mój brzuch cudownie bolał od podniecenia. Machnęłam niecierpliwie ręką, chcąc jak najszybciej zostać sama. Gdy tylko wyszła z mieszkania, rzuciłam się do komputera. Otworzyłam niesamowicie niebieską stronę z milionem filmów i wyszukałam to, czego najbardziej teraz pragnęłam.
Wysoki mężczyzna posiadał kobietę na ekranie, kiedy ja szybko zataczałam kółka wilgotnym palcem na pulsującej łechtaczce. Było mi fantastycznie. Głęboko oddychałam, czasem wstrzymując powietrze, jakby ktoś mi zatykał buzię i nos, i zmuszał do dławienia się płucami. Ciche jęki wydobywały się z głośników, a z moich ust co jakiś czas ulatywało rozmarzone westchnienie. Przymrużyłam oczy, czując narastający dreszcz. Zaczął się w stopach i falami przebrnął przez całe nagie nogi, wybuchając między nimi. Wykrzywiłam się na fotelu, zamknęłam powieki i mocno wciągnęłam powietrze. Jeszcze zatoczyłam parę kółek, a potem stałam się zbyt wrażliwa, żeby się dotykać, więc powoli opadłam w rozkoszy.
Wyłączyłam bluźnierski film, który w tym momencie mnie obrzydzał, i poszłam do łazienki się ogarnąć. Sikając, śpiewałam I was born to love you zespołu Queen. Wytarłam śluz z mojej kobiecości i spokojnie wyszłam. W mieszkaniu panował półmrok, jedynie z uchylonych drzwi mojego pokoju wylewała się strużka światła. Szybko przeszłam przez ciemny korytarz i weszłam do bezpiecznego pomieszczenia. Zawsze bałam się potworów w nocy, gdy szłam do toalety, a tym bardziej, gdy z niej wracałam. Usiadłam na wygodnym, skórzanym fotelu, który kupiłam w promocji za trzysta złotych, i znów zaczęłam czytać na telefonie. Niedawno pobrałam ciekawą aplikację, umożliwiającą czytanie książek bez limitu za comiesięczną opłatą. Idealne rozwiązanie dla mnie!
– Ładnie śpiewasz – usłyszałam i cała zesztywniałam. Głos dochodził z mrocznego korytarza. Wychyliłam się delikatnie w fotelu, a potem z niego wstałam.
– Kim pan jest? – spytałam, włączając światło w pokoju. Z ciemności wyłoniła się szczupła sylwetka mężczyzny, ubranego w szarą koszulę i brązową marynarkę. Widziałam jego ciemne włosy w nieładzie i lekki zarost. Reszta wciąż skrywała się w mroku.
– Przyszedłem do pani Krystyny – powiedział spokojnie i się uśmiechnął. Musiałam przyznać, że był ładny. Wyglądał na jakieś dwadzieścia osiem lat.
– Ach – odsapnęłam, wyraźnie uspokojona. – Babcia wyszła, wróci za jakieś półtorej godziny – poinformowałam, mając nadzieję, że zaraz sobie pójdzie. – Może coś przekazać?
– Wolałbym porozmawiać z nią osobiście. – Mężczyzna zrobił krok w moja stronę, a ja odruchowo się cofnęłam w głąb swojego pokoju. – Czy mógłbym tu na nią poczekać?
– Eee – zawahałam się, dostrzegając coraz więcej detali w jego wyglądzie. Miał niebieskie oczy, opaloną skórę i luźny krok. Poruszał się z gracją. Ręce miał w kieszeniach beżowych spodni, a obcasy wypolerowanych butów stukały w panele. – Ja… – zaczęłam, ale ruch jego dłoni mnie powstrzymał.
– Nie będę się naprzykrzał. Tylko usiądę w kuchni. – Jego ręka powoli wyciągała się w moim kierunku, jakby chciał, bym podała mu swoją dłoń. Nie widziałam w tym żadnego celu, a on wciąż patrzył na mnie swoimi hipnotyzującymi oczami. Zawahałam się, a on najwyraźniej to dostrzegł, bo nieznacznie się uśmiechnął. W końcu podałam mu dłoń, a on delikatnie się schylił i pocałował w kostki.
Stałam tam, całkiem zbita z tropu, i patrzyłam na ten wzór męskości przede mną. Zamroczyło mnie i aż musiałam się przytrzymać biurka.
– Jak masz na imię? – odezwał się przystojniak. Z wrażenia zaschło mi w ustach, więc najpierw szybko przełknęłam ślinę. Przez cały czas patrzył na mnie uważnie. Wciąż stał na korytarzu, a ja w pokoju, i dzielił nas niski próg. Byłam pewna, że wychodzę na całkowicie niekulturalną dziewuchę, bo nie tak powinno się przyjmować gości, ale nie mogłam się ruszyć. W końcu mężczyzna się uśmiechnął, a ja trochę otrząsnęłam.
– Julia – powiedziałam cicho. Miałam wrażenie, że nie dosłyszał, jednak kiwnął głową. – A ty? A pan? – poprawiłam się, bo sama nie wiedziałam, jak powinnam się do niego zwracać. Czy nasza paroletnia różnica wieku już sprawiała, że był dla mnie panem? Zarumieniłam się na wspomnienie tego, co przed chwilą oglądałam na monitorze, stojącym koło mnie, i gdzie były wtedy moje ręce. Spuściłam głowę z zawstydzenia, choć przecież nie mógł o  niczym wiedzieć.
– Jestem Aleksander. – Gdy to mówił, nie patrzyłam na niego, ale byłam pewna, że się uśmiechnął. – Pomogłabyś mi wnieść tu rzeczy, które zamówiła twoja babcia?
– Jakie rzeczy? – spojrzałam na niego zaintrygowana. Babcia nie wspominała nic o zakupach. – Nie wygląda pan na kuriera.
Nagle strach złapał mnie za gardło. Mężczyzna zauważył moją minę i znów wyciągnął w moją stronę dłoń. Tym razem odsunęłam się.
– Ja… Babcia wróci niedługo, proszę przyjść wtedy – powiedziałam drżącym głosem. Tyle naczytałam się o porwaniach, o morderstwach i gwałtach, a teraz sama robiłam kardynalne błędy. Nie słyszałam przecież, żeby pukał do drzwi, sam sobie tu wszedł, jakby to był jego dom! To powinno mi dać do myślenia, niestety mój nastoletni, głupi móżdżek wolał podziwiać urodę intruza.
Mężczyzna nie ruszył się, a jego twarz nagle zmieniła wygląd. Teraz wyglądał władczo i stanowczo, gdy zaciskał szczęki i patrzył mi w oczy, próbując zdominować wzrokiem. Niesamowite, że pół godziny temu czytałam niemal identyczną historię. W pamięci szukałam miejsca, w które odłożyłam telefon, gdy wstałam z łóżka. Nie widziałam go na biurku, więc musiał zaplątać się w pościeli. Czy zdążę go znaleźć i zadzwonić na policję nim mężczyzna mnie złapie? Nie sądzę. Gdybym się bardzo pośpieszyła, mogłabym zamknąć mu drzwi mojego pokoju przed nosem i czymś podeprzeć, wtedy mój beznadziejny plan mógłby się udać. Jednak mężczyzna nagle wszedł do pomieszczenia i stanął koło biurka, tam, gdzie ja wcześniej. Zniweczył moje plany, jakby czytał mi w myślach. Jęknęłam w duchu i ostrożnie zerknęłam na łóżko, jednak nie ujrzałam czarnej komórki.
– Julio – odezwał się niskim głosem.
– Ty… ty nie przyszedłeś tu do babci? – spytałam z przerażeniem, błagając, żeby nie potwierdził tych słów, tylko wyszedł z mieszkania. Modliłam się szybko do Boga, jednak przez parę lat zapomniałam już słów.
– Julio, masz teraz trzy minuty, żeby spakować swoje najpotrzebniejsze rzeczy – powiedział spokojnie, wciąż stojąc blisko drzwi. Czy mogłabym wyskoczyć przez okno? Znajdowaliśmy się na pierwszym piętrze i musiałabym upaść na skośny daszek, przez co straciłabym równowagę. Chyba znów przejrzał moje myśli, bo chrząknął sugestywnie. – Nie próbuj uciekać lub wzywać pomocy, bo będzie cię bolało.
Gdzie się podział ten czarujący przystojniak, z którym rozmawiałam niecałe pięć minut temu? Serce boleśnie waliło mi w płuca, zakręciło mi się w głowie i lekko się zachwiałam. Co mam robić? Czy jest szansa, bym uciekła? Wszystkie książki, które niedawno przeczytałam, w myślach jednogłośnie mi odpowiedziały: nie. Byłam sparaliżowana.
– Zostały ci dwie minuty – dobiegł mnie głos. Wściekłam się na tego bezczelnego kłamcę i zacisnęłam pięści. Miałam ochotę rzucić się na niego i uderzyć w tą głupią, piękną buzię. – Julio! – przywołał mnie do porządku, jednak ja wcale nie miałam ochoty słuchać jego beznadziejnie władczego głosu.
– Co się dzieje? Kim ty jesteś? Co chcesz mi zrobić? – Pytania wylatywały ze mnie jak z procy. – Chcesz mnie wywieźć i zgwałcić? Zabijesz mnie? Błagam, nie zabijaj mnie. – Łzy polały się po moich policzkach, a po wybuchu złości nie było śladu. Teraz przerażenie przejęło nade mną kontrolę, a ja zaczęłam się trząść. Babcia wyszła jakieś pół godziny temu, ile czasu jeszcze będzie łazić z kijkami w śniegu? Byłam na nią zła, ale to ja ponosiłam główną część winy, bo nie zamknęłam drzwi na klucz, gdy wyszła.
– Julio, proszę, uspokój się. Weź wszystkie rzeczy, które kochasz, i chodź ze mną, albo wezmę cię siłą – powiedział, opierając się o biurko. Rozejrzał się szybko po pokoju, a jego nozdrza się poruszyły. Wyglądał pięknie i obrzydliwie jednocześnie. Nienawidziłam go, ale jakaś okropna część mnie nagle zapłonęła, przypominając sobie kolejne cudowne treści, które czytałam i które tak ściskały mój brzuch. Zamknęłam oczy i otarłam łzy.
Ostrożnie usiadłam na łóżku i zaczęłam szukać telefonu wśród pościeli. Aleksander zdawał się nie zwracać na mnie uwagi. Wyjął swoją komórkę i zaczął coś na niej przeglądać. To była moja szansa na pomoc. Mogłam zadzwonić na policję! Ostrożnie przyciągnęłam do siebie telefon, który skrył się pod kołdrą, i zaczęłam klikać w trzy cyfry. Modliłam się w duchu, by trzy sekundy wystarczyły, by powiadomić ich o moim położeniu, bo po tym czasie on do mnie doskoczy i rozłączy połączenie. Niestety okazało się, że nie mam zasięgu. Sapnęłam, wściekła i spanikowana. Patrzyłam z niedowierzaniem na ekran.
– Kotku, mówiłem, byś nie próbowała wzywać pomocy – powiedział spokojnie mężczyzna, a ja drgnęłam, porażona świadomością jego obecności tutaj. Powoli dotarł do mnie sens jego słów.
– Ty… To ty zablokowałeś mój zasięg? – spytałam ze strachem. Bolał mnie brzuch z nerwów i czułam się beznadziejnie.
– Owszem. – W końcu spojrzał na mnie, a jego wzrok wyrażał zarówno wesołość, jak i surowość i władczość. – Prościej ci będzie, kiedy zaczniesz mnie słuchać. Masz ostatnią minutę, potem wyjdziemy z tego mieszkania i nigdy tu nie wrócisz. Lepiej zaplanuj ten czas.
Szybko rozejrzałam się po małym, pomarańczowym pomieszczeniu. Nie miałam pomysłu, czego mogę tak bardzo potrzebować, prócz telefonu. Okulary leżały na biurku, a nie było możliwości, bym zbliżyła się do tego dupka. Czy przyda mi się portfel? Kartę włożyłam między telefon, a etui, więc miałam jakieś pieniądze przy sobie.
– Ale… Co mi może być potrzebne? – spytałam niepewnie. Byłam totalnie skołowana, chciało mi się wymiotować.
– Nic ci nie będzie potrzebne, możesz wziąć co tylko chcesz, żeby ci było łatwiej w nowym miejscu – powiedział, znów na mnie nie patrząc.
Pomyślałam o Lucjanie, moim szarym zającu z serduszkiem na brzuszku. Był moją ukochaną maskotką, a teraz wciśnięty został między poduszkę, a ścianę. Wyciągnęłam go i mocno ścisnęłam. W jego pupie były kuleczki, które uwielbiałam ściskać. Teraz też nerwowo je dotykałam.
– Dobrze, kotku, czas się zbierać. – Mężczyzna nagle schował telefon do kieszeni i ruszył w moją stronę. Nie byłam przygotowana na jego wtargnięcie, nie chciałam, by się zbliżał. Wstałam i cofałam się, aż natrafiłam na parapet i ciepły kaloryfer. W oczach znów stanęły mi łzy. Aleksander uśmiechnął się pod nosem, gdy zatrzymał się tuż przede mną. Był dużo wyższy ode mnie, a może to ja skuliłam się ze strachu, chcąc być jak najmniejszą? Może wtedy mnie nie zobaczy i sobie pójdzie. Jednak stał tuż przy mnie, a mną zawładnął jego zapach, w którym nie umiałam wychwycić żadnej dominującej nuty. Nie był to zapach ani kwiatowy, ani mocny. Nie miałam pojęcia, co może tak pachnąć, ale to było najlepsze połączenie na świecie.
– Ja nie chcę nigdzie iść – szepnęłam, czując rosnącą gulę w gardle.
– Spokojnie, kotku – powiedział. Jego dłoń zbliżyła się do mojej twarzy, a ja zamknęłam oczy. Poczułam delikatny dotyk na policzku. Bałam się, cała drżałam. – Przykro mi, ale musimy już iść. Na pewno nie chcesz nic więcej wziąć?
– Ja nie chcę iść! – krzyknęłam z rozpaczą. Położył mi palec na ustach.
– Nie krzycz – powiedział spokojnie i chwycił mnie pod łokieć.
– Nie, nie, nie, proszę! – mówiłam przez łzy. – Ja zrobię co chcesz, puść mnie! Proszę!
Uważnie na mnie patrzył i zabrał swoją dłoń z mojego ciała. Z mojego wnętrza wydobył się kolejny szloch. Gestem kazał mi iść przed sobą. Ściskałam Lucjana i komórkę, a gdy przechodziłam koło biurka, chwyciłam okulary w pudełku. Cieszyłam się, że o nich nie zapomniałam.
Gdy byłam w korytarzu, bez wahania rzuciłam się do łazienki i szybko zamknęłam drzwi na klucz. Rozpłakałam się ze szczęścia, jednak moja radość szybko przygasła, gdy przypomniałam sobie o braku zasięgu. Nie miałam też dostępu do Internetu. Znów poczułam złość. Usłyszałam spokojne kroki.
– Julio, zachowujesz się bardzo niegrzecznie – powiedział mężczyzna, stojąc tuż przed drzwiami. Jednym ruchem przekręcił zamek z zewnętrznej strony i otworzył drewniane wrota, które miały mnie przed nim chronić. Spuściłam żałośnie głowę. Pogładził mnie po niej, lecz zaraz złapał mnie za włosy i boleśnie pociągnął w tył. Z jękiem odchyliłam głowę i spojrzałam na niego pełna nienawiści. On wytrzymał mój wzrok, który zabijałby, gdyby tylko mógł, i zbliżył swoje usta do mojego ucha. – Lepiej dla ciebie, gdy będziesz grzeczna.
Nie puścił moich włosów, tylko poluzował chwyt. Pociągnął mnie delikatnie i byłam zmuszona iść obok brutalnego bruneta. On sam szedł spokojnie i pewnie, patrzył przed siebie i nie zwracał uwagi na szamocącą się mnie. Byłam wściekła i przerażona. Mocno trzymałam moje trzy skarby: komórkę, Lucjana i niedopasowane okulary.
– Proszę, puść mnie – szepnęłam. – Ja nikomu nic nie powiem, przysięgam!
Zaśmiał się, a jego twarz się rozpogodziła. Znów się do mnie uśmiechnął.
– Słodka jesteś – powiedział. – Teraz ustalmy jedną rzecz. – Przystanął przed drzwiami wyjściowymi, których tego dnia nie zamknęłam. – Jeśli krzykniesz lub się wyrwiesz, zostaniesz bardzo surowo ukarana. Choćbyś uciekła do któregoś z sąsiadów, wejdę za tobą, złapię cię i boleśnie zabiorę ze sobą. – Jego oczy poważnie patrzyły w moje, a głos władczo żądał ode mnie uległości. Miałam ochotę splunąć mu w twarz. – Rozumiemy się? – Nie odpowiedziałam, a gdy minęło parę sekund, jego dłoń znów mocno zacisnęła się na moich włosach, wykrzywiając moją twarz w bólu. – Zadałem pytanie.
– Tak! – krzyknęłam, podnosząc dłoń, w której trzymałam telefon, by złapać jego rękę przy mojej głowie, jednak nawet nie zdążyłam go dotknąć, bo jego druga dłoń złapała mój nadgarstek.
– Skoro już przy tym jesteśmy… – powiedział jakby do siebie i jednym ruchem wyrwał mi komórkę z dłoni. Natychmiast spróbowałam mu ją odebrać, jednak tylko zaśmiał się cicho, chowając ją w kieszeni. – Grzeczna dziewczynka – szepnął. Zamarłam w bezruchu, słysząc te dwa głupie słowa, które tyle razy widziałam w książkach. – Pamiętaj, żadnych gwałtownych ruchów, żadnych dźwięków. Ubierz swoje buty, jeśli nie chcesz zmarznąć. – Puścił mnie i pozwolił założyć jasnoróżowe trapery. Potem znów złapał moje włosy. Szarpnęłam się, niemal obrażona, jednak to spowodowało mój ból, a nie jego, więc się uspokoiłam.
Ostrożnie otworzył drzwi i wypchnął mnie na chłodne powietrze klatki schodowej. Miałam naprawdę wielką ochotę krzyczeć i wzywać pomocy, jednak człowiek, który trzymał moje biedne włosy w garści, wydawał mi się taki potężny i bałam się, że zrobi mi krzywdę. Poprowadził mnie na parter. To moja ostatnia szansa na pomoc któregoś z tych starych sąsiadów! Pragnęłam rzucić się do drzwi z numerem jeden i walić w nie mocno, zdzierając sobie gardło. Przystanęłam niespodziewanie, a mężczyzna spojrzał na mnie władczym wzrokiem. Żołądek podszedł mi do gardła, serce biło jak oszalałe. Czy to wszystko dzieje się naprawdę?
Aleksander szybkim krokiem ruszył do drzwi, a ja ostatkiem sił zaparłam się, niemal krzycząc z bólu, gdy jego dłoń boleśnie pociągnęła mnie za włosy. Złapałam jedną dłonią jego nadgarstek, jednak musiałam za nim ruszyć. Ból był zbyt wielki, by teraz mu się przeciwstawić. Być może na zewnątrz będę mieć szansę na ucieczkę?

Kolejna część.

17.3.18

Sucza natura | rozdział 17

2 komentarze
Żyję. A może to tylko sen? Śnię na jawie. Tak, na pewno. Ale czy po śmierci są sny? Myślę nielogicznie. Nic nie pamiętam. Boli mnie. Nie umiem skonkretyzować co. Po prostu czuję ból.

Po chwili udaje mi się ustalić w jakiej pozycji znajduje się moje ciało. Leżę. Jest mi ciepło i wygodnie. Nadal nie pamiętam, jak się tu znalazłam, jak przeżyłam. Ostatnim wspomnieniem w mojej głowie jest moja śmierć. Przynajmniej tak mi się zdawało. Że umieram.

Zdaję sobie sprawę z tego, że mam zamknięte oczy. Otwieram je z wysiłkiem, jednak zaraz potem znów je zamykam, kiedy światło mnie oślepia. Z moich ust wydostaje się jęk. Nie kontroluję tego.

Chcę spać. Nie chcę żyć. 

Znów otwieram oczy. Jestem w szpitalu. Albo po prostu w białym pomieszczeniu. A może to słońce tak mnie oślepia?

Dochodzą do mnie głosy. Słyszę dziwne słowa. Coś tu szumi. Ktoś krzyczy w oddali.

Widzę dwóch mężczyzn w drzwiach. Mają białe fartuchy. Podchodzą do mnie. Nie mogę się ruszyć, coś mnie trzyma. Niezdarnie przechylam głowę w bok. Ciągle widzę jak zza mgły. Mam zmącony umysł.

- A to nasz najcięższy przypadek. Trafiła tu po hospitalizacji, po wypadku samochodowym, wybudzona ze śpiączki po dwóch tygodniach. Przebywa tu od pięciu lat. Nie udało nam się z nią skontaktować. Jej stan jest stabilny, ale nie najlepszy. To jest Julia, córka schizofreników, genetycznie obciążona, dająca objawy choroby psychicznej z zaburzeniami schizofrenicznymi. Chyba żyje we własnym świecie.

Nie mylił się.

Koniec.

16.3.18

Sucza natura | rozdział 16

Brak komentarzy
Skupiam się na swoim oddechu.

Wdech.

Wydech.

I tak w kółko. Po parunastu razach przestałam liczyć. Przegrałam.

Berenika znęca się nade mną psychiczne i fizycznie. Wlewa w moje ciało substancje niezbędne do życia przez cienkie rurki wbite w ramię. Zacewnikowała mnie, kontrolując moje potrzeby wydalania.

Zapadam w apatię. Serce bije mi równomiernie, dopóki ona nie przychodzi. Wtedy, w wielkim podnieceniu, nie ma mowy o stałym pulsie. Zaczęłam snuć historię o Piotrze w głowie. Myśli Berenika nigdy mi nie zabierze.

Znów przychodzi. Przez galaretkę nie widzę szczegółów. Zapomniałam już, jaki mam dźwięk głosu.

- Witaj, suczko - mówi kobieta.

Jej głos jest lekko zniekształcony przez zieloną substancję, ale wyraźnie dociera do moich uszu.

Mam ochotę krzyczeć, a potem powalić ją na ziemię, sprawić, by cierpiała. Zabić ją. W najbardziej bolesny sposób. Przedłużać jej cierpienia. Tak, jak ona robi.

Pewnie mnie zabije, bo po co jej ja? Ma mnóstwo ludzi pod sobą, może mieć każdego i z każdego zrobić niewolnika. Gdy jej się znudzę, pozbędzie się mnie, a na moje miejsce trafi inny nieszczęśnik.

- Dzisiaj chcę na tobie poeksperymentować. - Uśmiecha się. Nie jestem w stanie tego dojrzeć, ale wiem, że to robi. - Będę wbijać ci igiełki w ciało, a ciebie będzie boleć.

Serce zaczyna mi mocniej bić. Czuję przykry ucisk w brzuchu. Nie lubię igieł. Nie ufam jej. A jak mnie uszkodzi? Nie chcę, żeby cokolwiek mi wbijała. Mam już jedną rurkę w sobie. Wystarczy.

Chcę krzyczeć, a nie mogę nawet ust otworzyć. Jestem tak straszliwie bezsilna i poddana temu okrutnemu człowiekowi, że zbiera mi się ma płacz.

Kobieta wkłada rękę w galaretkę i masuje moje udo. Po chwili czuję ukłucie i ból. Nie jest duży, ale nie chcę go wcale. Lekko krzywię się w grymasie. Na tyle, na ile pozwala mi breja, okalająca mi twarz.

Kolejne igiełki wbijane są w moje udo, tworząc jakiś wzór, widoczny tylko dla Bereniki. Z każdym wkłuciem boli mnie coraz bardziej, chociaż igły przebijają tylko parę warstw skóry i wychodzą z niej po paru centymetrach.

Pamiętam, jak w dzieciństwie bawiłam się tak, wbijając szpilkę w opuszek palca. Były to  beztroskie czasy, które teraz wydają mi się tak odległe, że mam wątpliwości, czy to się działo naprawdę.

Przez chwilę myślę o tym, czy mama i tata żyją. I czy żyje Piotr... Tęsknię za nim. Mam nadzieję, że, mimo tego, co mówiła Berenika, przeżył.

Nie myślę jednak długo, bo znów czuję nasilający się ból, który mąci umysł.

Nie wiem, ile czasu kobieta bawi się moim ciałem. W końcu jednak wyciąga ze mnie całą stal. Nie czuję ulgi, boli mnie wciąż, choć ten ból jest coraz mniej odczuwalny.

- Ale z ciebie szmata - cedzi kobieta. - Jesteś nic nie wartą suką. Twój Piotruś pan zdechł, teraz czas na ciebie.

O co jej chodzi?, myślę gorączkowo. Najpierw się mną dobrze bawiła, a teraz nagle chce mnie zabić?

Widzę, jak jej dłonie zbliżają się do mojej twarzy. Jedną zasłania mi nos, a drugą usta. Pozbawia mnie powietrza.

Duszę się. Nie zdążyłam nawet wziąć głębokiego oddechu. Brakuje mi tlenu, płuca pieką mnie niemiłosiernie. Nie mogę się nawet szarpać. Nie mogę walczyć. Jestem na przegranej pozycji.

Jeszcze niedawno zabijałam czas licząc oddechy. Już nigdy się tak nie pobawię. Nie mogę policzyć moich ostatnich wdechów, bo umrę na ich brak.

Zaciskam mocno oczy. Słyszę śmiech Bereniki. Jak przez mgłę. Szyderczy, bezlitosny chichot. Nienawidzę jej.

Okropnie mnie boli. Rozsadza mi klatkę piersiową. Ból mnie rozrywa. Piecze, jak miliony małych igiełek wbijanych w płuca.

I umieram.

Dalej

15.3.18

Sucza natura | rozdział 15

Brak komentarzy
Nie widzę. Nie słyszę. Nie czuję. 

Gdzie ja, do cholery, jestem? Próbuję poruszyć jakąś częścią ciała, jednak nie udaje mi się. Oddech mi przyśpiesza. Zaczynam panikować. 

Nic nie pamiętam. Oczami krążę dookoła, ale nie dostrzegam niczego, żadnego jaśniejszego punktu. 

Umarłam? Tak jest po śmierci? Nie chcę spędzić tu wieczności!

Nagle wychwytuję jakieś odgłosy. Otwieram oczy. Ciągle miałam je zamknięte? Jakim cudem tego nie zauważyłam? 

Obraz jest zamazany. Widzę przez zieloną mgłę. Nadal nie mogę drgnąć. 

- Julia, kotku, witaj. 

Słyszę jakiś głos. Widzę nawet osobę, która mówi. Nie rozróżniam żadnych szczegółów. Wiem tylko, że jest ubrana na biało. Dlaczego ciągle mam przed oczami tą mgłę? Mrugam kilka razy, ale nie poprawia się. 

- Spokojnie, skarbie - mówi kobiecy głos. - Wiem, że nie możesz się ruszać. Jesteś w naszym najnowszym wynalazku. 

To Berenika. Znam jej głos. Jest jadowicie uprzejmy. Mógłby zabijać. Usiłuję coś powiedzieć, ale nie potrafię otworzyć ust. 

- Nie trudź się, złotko - oznajmia Berenika. - Opowiem ci teraz wszystko, ale masz być grzeczna. - Śmieje się. - Cóż, chyba nie możesz być teraz niegrzeczna. - Chrząka. - Niedawno zaprojektowaliśmy specjalną substancję, która pozwala całkowicie unieruchomić niewolnika, ale przenika przez nią tlen, więc można oddychać, gdy jest się w środku. 

Próbuję chociaż drgnąć, ale mogę tylko ruszać oczami. 

- Jest elastyczna i dość wygodna. Mam nadzieję, że nic cię nie uwiera. 

Niemal widzę, jak się uśmiecha z okrucieństwem. 

- Mogę teraz zrobić z tobą wszystko. Wszystko, co tylko, kurwa, zapragnę! - wrzeszczy. - Mogę cię bić, głodzić, podduszać, mogę nawet odkroić ci nogę lub zabić, a ty i tak nie będziesz mogła się ruszyć, pierdolona dziwko! Chciałaś uciec ode mnie, mimo że dałam ci dom, dałam ci rozkosz, wszystko ci dałam, a ty mnie zdradziłaś. Zdradziłaś mnie z Piotrem, tym sukinsynem. Mówiłam mu, że tego pożałuje, pantofel jeden. Pewnie już nie żyje. 

Serce mi na moment zamiera. Do oczu zaczynają napływać łzy. Nie boję się jej. Nie czuję strachu. Jestem smutna z powodu Piotra. Naprawdę go lubiłam... Lubię. Jaki tu czas zastosować? Mam nadzieję, że nie cierpiał, gdy umierał. Ale najbardziej chcę wierzyć w to, że żyje. I że mnie uratuje. 

- Dzisiaj będę dobra dla ciebie - kontynuuje kobieta. - Nie chcę cię przestraszyć zbyt szybko. Pozwolę ci teraz mówić, ale gdy odstawisz jakiś numer, z powrotem będziesz warzywem. 

Nagle rozstępuje się przed moimi oczami zielona substancja. Zaczynam widzieć normalnie. Słyszę swój oddech. Odchrząkuję i pluję wydzieliną gdzieś przed siebie. Patrzę na Berenikę. Przygląda mi się z zadowoleniem. 

- I co, mała szmatko? Podoba ci się? - pyta. 

Ma fioletowe włosy, sięgające ramion. Musiała się przefarbować od czasu, kiedy ostatni raz ją widziałam. 

- Jesteś najgorszym człowiekiem, jakiego znam - wyduszam jej prosto w twarz. 

- Oj tam, nie przesadzaj. Pocałuj mnie, albo źle się to dla ciebie skończy. - Zbliża swoją twarz ku mnie. 

Czuję ciepło jej warg na moich. Nie chcę dodatkowych kłopotów. Może gdy będę grzeczna, wypuści mnie na moment, a ja wtedy ucieknę, albo zamorduję ją z zimną krwią. Oddaję pocałunek, jednak nie wkładam w to żadnych emocji. Jedyne, co czuję, to obrzydzenie do tej kobiety. W końcu odchyla się ode mnie. 

- Złapaliśmy was, gdy próbowaliście przejechać przez pierwszą granicę - mówi. - Piotra od razu zaprowadzono do lochów w Biurze Dowodzenia, a ciebie zanieśli do mnie. I dobrze zrobili, nie chciałabym, żebyś umarła bez cierpienia. 

- Dlaczego mi to robisz? - pytam bezsilnie. 

Tak bardzo chciałabym jej przywalić w twarz, tak chętnie patrzyłabym, jak z jej nosa wypływa stróżka krwi. Jak jej zęby toczą się po podłodze. 

- Bo mnie się nie ucieka, słonko - odpiera. - A teraz się tobą pobawię. 

Zielona galareta napływa mi na twarz, a ja nie zdążam nawet prosić, by tego nie robiła. Znów widzę przez mgłę, co mnie coraz bardziej irytuje. 

- Teraz włożę ci do cipki wibrator - mówi. 

Czuję, że galareta ugina się od ręki, którą Berenika w niej zanurza. Dotyka mojego ciała. Dlaczego ona może się ruszać w tej brei, a ja nie? Wkłada do mojego wnętrza wibrator, który zaczyna się poruszać. Jej palce pieszczą przez chwilę moją łechtaczkę, po czym znów nic nie czuję, prócz wibracji wewnątrz mnie. 

Jestem taka bezsilna. Nie mogę nic zrobić. Teraz dopiero jestem prawdziwym niewolnikiem, niezdolnym do żadnych działań. Tak bardzo chcę wolności. Piotr był dla mnie naprawdę dobry, nie to, co ta kobieta. 

Kolejny raz czuję jej dotyk na łechtaczce. Dopiero po chwili dostrzegam, że to nie jest jej dłoń, tylko jakiś przedmiot, który zaczyna drażnić mój wrażliwy punkt. Już po chwili jestem podniecona. Nie chciałam do tego dopuścić, ale ciężko mi zapanować nad ciałem. Nie potrafię powstrzymać się od wydalania soków z kobiecości. 

Już mam dojść, kiedy Berenika zabiera wibrujące urządzenie z łechtaczki. 

- Myślałaś, że ot tak ci pozwolę? - śmieje się. - Nic z tego, skarbie! To będzie długa zabawa!

Dalej

14.3.18

Sucza natura | rozdział 14

Brak komentarzy
Następnego dnia poznaję cały dom. Piotr oprowadza mnie po nim i rozmawia ze mną swobodnie na każdy temat. Jest dla mnie bardzo miły. Opowiada mi o swoim życiu, ale ostrożnie waży słowa.

- Kiedyś byłem kapralem. Podbijaliśmy nowe ziemie. To był okres ciężkich wojen. Jeszcze zanim się urodziłaś.

Chodzimy właśnie po pokoju z mnóstwem książek. Regały ciągną się pod ścianą i przecinają pomieszczenie na pół. Trzeba między nimi kluczyć, by dojść do ściany naprzeciwko drzwi.

W niej również jest otwór. Przechodzimy nim do kolejnego pomieszczenia.

- Z zimną krwią mordowaliśmy bezbronnych ludzi. Miasto było ostoją pokoju. Nie doszły tu żadne walki, nikt nie chciał zagrozić mieszkańcom - ciągnie swą opowieść Piotr. Ma smutny wzrok. - Niedawno Berenika przekonała naszych żołnierzy, którzy mieli bronić Miasta, aby się do niej przyłączyli i zdominowali naszą kopułę.

- Kopułę? - pytam, nie rozumiejąc o co chodzi.

- Miasto i jego okolice po Wielkiej Wojnie zostały zabezpieczone ogromną kopułą, dzięki której wciąż możemy tu żyć - tłumaczy mężczyzna. - Wojna, która teraz być może jeszcze gdzieś się tli, zniszczyła świat. Zostały tylko małe osady ludzi, starających się przeżyć w wypalonym przez bomby świecie. Istnieje też parę miejsc takich jak to. - Zrobił przerwę i wskazał na widok za oknem. - Kopuły stwarzają iluzję, że jest dobrze. Za nią rozciąga się pustynia.

- Nie rozumiem... - mówię. 

- Potrzebujesz czasu, by to wszystko pojąć. - Piotr bierze mnie na ręce i sadza sobie na kolanach. 

Siedzimy na fotelu w jednym z pokoi dziennych. Jest tu bardzo jasno, bo jedną ścianą jest szkło, przez które wpadają promienie słońca. 

- Większość ludzi nie wie o tym wszystkim - dodaje mężczyzna. 

- A ty skąd to wiesz? - pytam cicho. 

- Byłem żołnierzem. Sam się do tego przyczyniłem. - Jest bardzo smutny. 

Nie lubię patrzeć na niego, gdy tak się zamartwia. Przytulam go mocno, aż czuję, że się uśmiecha. 

- Dziękuję, maleńka - szepcze. 

- Dlaczego wybuchła ta Wielka Wojna? - pytam. 

- Przez chciwość ludzi - odpiera lekko. - Niektórzy boją się wampirów, inni duchów, a to ludzi powinniśmy się bać najbardziej. 

Rozmyślam chwilę nad jego słowami. To wszystko, co powiedział, jest dla mnie wielkim szokiem. Nie przypuszczałam, że żyjemy w świecie iluzji. Wszystko wygląda tu tak naturalnie, rosną gęste lasy z mnóstwem drzew, które nie mogłyby przecież przetrwać na suchej pustyni. 

Chciałabym zobaczyć prawdziwy świat.

- Kto zbudował te kopuły? - zadaję pytanie. 

- Nie jestem pewien. Wiem, że nasza powstała w parę dni po wybuchu Wielkiej Wojny. Udało się utworzyć w niej niemal idealną kopię wcześniejszych warunków na planecie. Rząd może nawet sterować pogodą. 

Nie mam sił, by to wszystko uporządkować w głowie. Daję mu znak ręką, żeby zamilkł. Patrzy na mnie z czułością. 

- Wszystko dobrze? - pyta. 

- Tak, tylko ja nie potrafię tego ogarnąć - mówię. - Żyłam w jednym wielkim złudzeniu. Mogłam się domyślić wcześniej... 

- Nikt się tego nie domyślał. Wszystkie informacje były tajnie strzeżone - informuje. - Gdy wojskowi z naszej kopuły przyłączyli się do Bereniki, oni zaczęli tu rządzić. Zabili wszystkich w rządzie. Zdominowali mieszkańców. Najpierw się do tego przygotowali, wstrzykując im te okropne przekaźniki przy szczepieniach. 

- A ta twoja uległa? - Podnoszę brew. 

- Ona to robi, bo to kocha. Nie zmuszam jej do tego i nie ma przekaźnika. Wcześniej byliśmy normalną parą - oznajmia Piotr. 

- Gdzie jest granica tej kopuły? - pytam. 

Mężczyzna przygląda mi się uważnie. Boję się, że domyślił się celu mojego pytania. Nie zamierzam jeszcze uciec, ale chcę zbadać teren. A potem wydostać się na świat. 

- Pierwszej granicy pilnują strażnicy - mówi po chwili. - Znasz ich, zniszczyli twój motor, gdy uciekałaś do wioski - śmieje się. - Dalsze tereny, w tym ta twoja wioska, mają słabszą ochronę, ale wciąż są w jakiś sposób bezpieczne. Kopuła kończy się za lasem, okalającym wszystko dookoła. 

- Są tam strażnicy?

- Mała, wiesz, że nie uciekniesz ode mnie, prawda? - pyta, patrząc się na mnie z chytrym uśmieszkiem. 

Rumienię się. 

- Nie o to chodzi... - zaczynam. 

- Wiem, że właśnie o to. Masz w sobie ducha walki. Chciałabyś pewnie zobaczyć, co jest za kopułą, co?

Jak to możliwe, że tak szybko mnie rozgryzł? Kiedyś matka powiedziała mi, że można ze mnie czytać jak z otwartej księgi. Ale nie wiedziałam, że jestem aż taka łatwa do ogarnięcia. 

- No chciałabym. - Wzdycham. 

- Wiesz, chciałem, żebyś była moją małą dziewczynką. Zawsze marzyłem o córce, ale Julia, moja kobieta, która teraz jest suką, nie chciała rodzić mi dziecka. - Głaszcze mnie po policzku. - Ale teraz wiem, że nie nadajesz się do tej roli. To znaczy, wiem, że byłabyś wspaniała jako moja mała laleczka, ale czuję, że cierpiałabyś na uwięzi. 

Robi pauzę i wstrzymuje oddech.

- Co ty na to, żebyśmy razem uciekli?

Dalej

13.3.18

Sucza natura | rozdział 13

Brak komentarzy
Jest późny wieczór. Przez okno widzę Berenikę. Wysiada z samochodu, a Piotr wychodzi z domu. Słyszę przytłumione krzyki. Kobieta wymachuje rękami. 

- Chcę ją z powrotem! - wrzeszczy, przekraczając próg. - To ja ją wychowałam, dzięki mnie stała się uległą. Nie oddam ci jej, masz mi ją zwrócić!

- Bereniko, to nie jest uległa - odpowiada spokojnym głosem mężczyzna. - To wystraszone dziecko, któremu wojna zabrała rodziców. 

- Nie pierdol, Piotr, kurwa, myślisz, że mnie to interesuje?! - wydziera się kobieta. 

- Nie przeklinaj, gdy ona to słyszy - wtrąca Piotr. 

- A ty co, zrobiłeś się jej ojcem? - szydzi Berenika. 

- To nie jest twoja sprawa. - Mężczyzna prowadzi ją chyba do kuchni.

Na chwilę oboje milkną, a gdy kobieta znów przemawia, muszę wytężyć słuch, by ją zrozumieć. 

- Zapłacę ci za nią. 

Serce we mnie zamiera. Nie chcę wracać do tej kobiety, tutaj jest mi naprawdę dobrze! Modlę się, żeby Piotr nie zgodził się na ten handel. 

- Czyżby?

- Tak, ile tylko chcesz. - Wydaje się być bardzo pewna siebie. 

- Nawet, powiedzmy, milion? 

- Wiesz, że mam tyle pieniędzy. 

- Nie, Bereniko, nie zgadzam się.

Wzdycham z ulgą. Chyba naprawdę go lubię. Wydaje się być dobrym człowiekiem, mimo że mnie tu trzyma na siłę. Może chce mnie uwolnić od tej kobiety? Kiedyś na pewno zwróci mi wolność.

- Ty stary chuju, ona jest moją własnością! - Kobieta uderza w stół, bo słychać huk. 

- Człowiek nie może być czyjąś własnością, Bereniko. 

- Jest niewolnikiem, bycie czyjąś własnością jest wpisane w jej krew!

- Jak ty mało wiesz o życiu... - Ton jego głosy wydaje się być smutny. - To, że najechałaś na Miasto, nie znaczy, że możesz się tu rządzić. Niektórzy może i ci ulegli, ale nie wszyscy. I tą garstkę, która ma jeszcze swój rozum i chce walczyć, będę chronił, bo doskonale ich rozumiem. 

- A co ma ta suka do tego? - pyta Berenika. 

- Nie nazywaj jej tak! 

Po raz pierwszy słyszę złość w głosie Piotra, a potem trzask i pisk Bereniki. Uderzył ją? 

- Wynoś się z mojego domu, albo sama zostaniesz moją niewolnicą, suko! - krzyczy mężczyzna. 

Podchodzę do okna i patrzę, jak wypycha ją za próg. Berenika ma czerwony policzek, więc na pewno ją walnął. I dobrze jej tak. Jest zdenerwowana i chyba płacze. Wchodzi do samochodu i z piskiem opon odjeżdża. 

Kroki zbliżają się do mojego pokoju. Szybko wskakuję pod kołdrę i udaję, że śpię. 

- Drzwi były uchylone, widziałem, jak włazisz do łóżka - szepcze Piotr, wchodząc do pokoju. 

Wzdycham i obracam się w jego stronę. Ma zmartwione oczy i opadłe kąciki ust. Wygląda na zmęczonego i zatroskanego. 

- Dlaczego nie chciałeś mnie jej oddać? - pytam. 

Boję się odpowiedzi i chyba niepotrzebnie zadałam to pytanie. 

- Jesteś dla mnie idealna - mówi cicho, patrząc mi w oczy. - Wiem, że to wszystko nie powinno taj wyglądać, ale w tych czasach nie mam innego wyjścia. Chcę, byś zawsze była przy mnie, bo martwię się o ciebie. Nie poradziłabyś sobie teraz na wolności, że tak to nazwę. Berenika będzie na ciebie polować. Ona nie odpuszcza tak łatwo. 

- A ty mnie obronisz? - Patrzę na niego z nieśmiałością. 

- Tak, zawsze będę cię bronić, malutka. - Całuje mnie w czoło. 

Czuję przyjemne mrowienie na skórze, którą dotykał ustami. Chciałabym spróbować jego ust, ale boję się, że wtedy pomyśli, że daję mu pozwolenie na robienie czego chce z moim ciałem. Wolałabym, żeby nie traktował mnie tak, jak Berenika. 

- Jesteś zmęczona? - pyta. 

- Troszkę tak, ale boję się, że Berenika tu przyjedzie i mnie ukradnie - wyznaję. 

- Nie ma takiej możliwości, złotko. - Uśmiecha się delikatnie. 

- Dobrze, sreberko. - Również podnoszę kąciki ust. 

- Bardzo śmieszne. - Dotyka mnie w nos jednym palcem. 

- A zostaniesz ze mną na noc? - pytam nieśmiało. 

- Jeśli chcesz - odpowiada. 

- To wskakuj - mówię. 

Kładzie się koło mnie, mimo że jest w normalnych ubraniach. Ja wcześniej się już wykąpałam w wannie z mnóstwem piany, a potem przebrałam w piżamę z różowymi słoniami. 

- Dobranoc, kochanie - szepcze, a mnie robi się ciepło na sercu. 

Długo nie mogę zasnąć i kręcę się z boku na bok. Myślę nad Bereniką. Nie chcę do niej wrócić. Tu mi naprawdę dobrze. 

W końcu przytulam się do Piotra, a on mnie obejmuje. Wtedy zasypiam.

Dalej