16.1.18

Efekt motyla | rozdział 4

3 komentarze
Starzec odmówił składania zeznań, które, jego zdaniem, mogłyby źle wpłynąć na jego całkiem już posiwiałą czuprynę. Obawiał się bowiem, że utraci tą cząstkę młodości, która przypominała mu czarno-białe filmy, puszczane w telewizji za jego młodości. Wyszedł z komisariatu z podniesioną głową, a włosy zalśniły szarością w bladym słońcu tego poranka. Na dworze było zimno, a deszcz, padający wieczorem, zmienił się w biały proch, pokrywający ulicę i trawę, na którym łatwo było o wywrotkę, ale jednocześnie który wyglądał tak wspaniale, mieniąc się w pierwszych promieniach wschodzącego słońca, że i upadek możnaby było mu wybaczyć.

Starzec prędko odmówił modlitwę do swego boga, by ten w swej hojności nie dopuścił jednak do upadku, gdyż wtenczas przypuszczać byłoby stosowne, iż więcej już nie wstanie. Sędziwy był wiek starca, choć dzięki starannie pielęgnowanym włosom, każdy spytany o ilość lat, odmładzał go nieco, co poprawiało mu humor i motywowało do dalszej troski o skarb na głowie.
Chowając ręce do kieszeni wyblakłej kurki, która niegdyś miała kolor brudnożółty, jak przygniły mlecz, starzec usłyszał w głowie głos. Nie był to pierwszy raz, gdy ów głos odezwał się do starca, jednak tym razem miał on inny ton, jakby silniejszy, przebijający się przez bębenek w uchu i wybuchający na zewnątrz, powodując, że z uszu wylatywała para.
- Trzeba to skończyć.
Właśnie to zdanie usłyszał tego poranka starzec, gdy szedł między drzewami alejką, wyłożoną kamieniami, których nie było widać przez biały szron od deszczu, padającego nocą. To zdanie wyszło z jego głowy, uleciało przez uszy parą w powietrze, i rozpłynęło się, zapomniane. Było tak potężne, ale jednocześnie krótkotrwałe, że starzec nie zdołał nawet spamiętać znaczenia tych słów. Wiedział jedynie, że poczuł nagły strach i serce szybciej mu zabiło, jakby w poczuciu paniki. Jednak nie znalazł racjonalnego wyjaśnienia dla tych dwóch nieoczekiwanych symptomów, toteż oddał w zapomnienie tą dziwną sytuację i dalej rozkoszował się pomarańczowym wschodem słońca, nagimi koronami drzew i białym prochem na ziemi.
Zaczął rozmyślać nad sensem życia, co przychodziło mu z łatwością, bo ileż można wpatrywać się w słońce, drzewa i białą ziemię? Idąc w nieznanym kierunku, choć podświadomość szeptała mu, że wraca do domu, starzec oddawał się intensywnym zadumom o swojej egzystencji. Z przyzwyczajenia ulizał włosy ręką, która natychmiast zmarzła po wyciągnięciu z kieszeni. Gdy wychodził z domu, nie mógł oprzeć się wrażeniu, że o czymś zapomniał, i teraz oto nagle zajaśniała mu w głowie czapka, która spokojnie leżała sobie, przygotowana na komodzie do dzisiejszego wyjścia. Już miał przekląć swoją sklerozę, jednak w porę się opamiętał. Dla pokuty przeżegnał się w dziwny sposób, którego nie używają katolicy, co skutkowało ochłodzeniem obu, tym razem, dłoni.
Nagle z naprzeciwka nadeszła dziewczynka. Ubrana była w czerwony płaszcz, który sięgał jej do kolan, a na nogach miała białe rajstopy i czarne kozaczki. Głowę przykrywał jej kaptur, naciągnięty tak bardzo, że prawie nie było widać jej twarzy. Starzec począł przyglądać się nowej osobie w jego otoczeniu, tak mile oderwanej od wszechobecnej bieli na ziemi, czerni w koronach drzew i pomarańczy na niebie. Czerwony kolor dopełniał cały ten krajobraz, powodując nieznaną ekscytację starca. Ożywił się, zmarszczki mu się wygładziły i jeszcze raz przeczesał dłonią niesforne kosmyki, narażając dłoń na większe odmrożenie. Rękawiczek też zapomniał, ale nawet ich nie przygotował wcześniej, więc i teraz nie mógł się winić.
W miarę, jak dziewczynka się zbliżała, starzec czuł się coraz bardziej rozgrzany. Jego dłonie przestały odczuwać zimno, a uszy nabrały naturalnej barwy, po czym płynnie przeszły do szkarłatu. Starcowi bardzo się podobało nowe uczucie, więc gdy dziewczynka przechodziła obok, złapał ją za ramię.
- Która godzina? - spytał niskim, chropowatym głosem, przypominającym żabę z pewnej bajki, której tytułu zapomniał, bo miał sklerozę.
Gdy zadał to pytanie, mógł w końcu ujrzeć wcześniej zasłoniętą twarz dziewczynki. Miała blond włosy, spięte gdzieś tam z tyłu, więc nie mógł dojrzeć ich długości, niebieskie, niewinne oczęta, patrzące na niego z ufnością, która natychmiast rozczuliła jego serce, mały, zadarty nosek i bardzo wydatne usta, niemal niespotykane u, na oko, dziesięcioletniej dziewczyny. Chwilę mierzyli się wzrokiem, dłużej utrzymując kontakt, a potem dziewczynka zerknęła na zegarek, noszony na prawej dłoni. Na prawej! Starcowi wydało się to tak irracjonalne, że niemal cały idealny obraz dziewczęcej urody został zniszczony. Jednak, gdy dziewczę powiedziało, że jest szósta dwanaście, jej aksamitny głos, lekko drżący od zimna, skleił przedarcia w obrazie ideału.
- Chodź, pokażę ci kotki.
Znów odezwał się silny głos w głowie, który zaraz potem uleciał wraz z parą z uszu. Tym razem jednak jego znaczenie dostało się dalej, aż do świadomości starca, który otworzył szerzej oczy, a potem wyszczerzył lubieżnie zęby.
- Pomożesz mi dojść do domu? - rzekł prędko.
Wierzył, że niewinność, ufność i dobre serce dziewczynki nakażą jej udzielić wsparcia starcowi. Nie mylił się. Dziewczę chwyciło go pod ramię i zgodnym krokiem pomaszerowali przez białą alejkę, otoczoną ciemnymi koronami drzew, z pomarańczowym niebem. I wtedy ten obraz wydawał się starcowi tak bardzo doprecyzowany i piękny, że przymknął oczy, nie bojąc się upadku. Prowadziła go bowiem idealna dziewczynka z niebieskimi oczami, blond kosmykami, zadartym nosem i wydatnymi ustami, tak pięknymi w swej pełności.
Niedługo potem dotarli pod stary, podniszczony dom. Farba, kiedyś zielona, teraz brudna i odrapana, odstraszała wszystkich, nawet listonoszy, łobuzów i zwierzęta. Dach się lekko zapadał na środku, przygniły od wewnątrz. Okna były krzywe. Dwa, po każdej stronie drzwi. A same drzwi zostały całkiem niedawno wymienione, więc jeszcze świeciły nowością i wyróżniały się na tle zrujnowanej chaty. Dziewczynka wciągnęła powietrze, czego w duchu odradzał jej starzec, bowiem przy głębszym oddechu czuć było smród uryny, wydobywający się z niedaleka, możliwe że z domu, jednak nawet on nie był tego pewien.
I wtedy jakaś siła wstąpiła w ów starego człowieka, złapał mocno za rękaw młodej kobiety i wciągnął ją do domu. Nawet krzyknąć nie zdążyła, oszołomiona tym, że człowiek, któremu ufała, nie był dla niej dobry. Starzec, zamknąwszy drzwi za sobą, obnażył sztuczną szczękę w złośliwym uśmiechu i stanął pomiędzy dziewczyną, a jedyną drogą ucieczki.
- Co się dzieje? - wyszeptała dziewczyna, nie do końca pewna, czy jest w zagrożeniu.
Starzec nic nie odrzekł, podszedł jedynie do niej i zsunął jej kaptur z głowy. Teraz mógł ujrzeć, że blond włosy spięte były w ciasny kok. Nie mógł więc zobaczyć, jakiej są długość. Ta informacja była dla niego na tyle ważna, że rozkazał dziewczynie rozpuszczenie ich. Gdy padły na plecy kaskadą jasnych loczków, poczuł ogromną satysfakcję. Sięgały jej mniej więcej do łopatek, może trochę niżej. Była to więc idealna długość, taka, jakiej oczekiwał mężczyzna.
- Chcę ci dać herbaty - przemówił łagodnie.
Dziewczę westchnęło, a jej twarz przestała wyrażać strach. Rozglądnęła się po przedsionku i zaraz pożałowała tej decyzji, dostrzegając pleśń na ścianach, tumany kurzu w kątach i klejącą podłogę, mieniącą się w blasku słońca, wpadającego przez jedno z okien obok drzwi. Drugie bowiem było tak brudne, że żaden promień nie mógł dostać się do wnętrza domu.
Starzec zaprowadził dziewczynę do pokoju, który miał być w zamiarze kuchnią, jednak wyglądał jak każdy inny, z pleśnią, kurzem i mieniącą się podłogą. Jedynie mały stolik, stojący w rogu, i krzesło przy nim, mogły sugerować przeznaczenie tego pomieszczenia. Wszelkie inne sprzęty kuchenne ukryte były w szafkach przy ścianie. Starzec pozwolił damie usiąść, a ona uczyniła to z wielkim wahaniem. Parę razy obejrzała krzesło, ale wydawało się niemal lśnić blaskiem czystości wśród wszechogarniającego brudu. Widocznie starzec czasem przesiadywał na nim, co również nie było dla dziewczyny zbyt miłą myślą.
Mężczyzna starał się znaleźć w szafkach herbatę lub cokolwiek innego do picia, jednak z kranu nie leciała nawet zimna woda. Musiała zamarznąć przez nocny przymrozek. Zamiast więc podać napój, szarpnął dziewczynę, aż się krzesło wywróciło, i wyszedł z nią z pomieszczenia, które miało być kuchnią. Zszedł po schodach, popychając przed sobą dziewczynkę w czerwonej pelerynie. Patrzył na jej czubek głowy i starał się liczyć włosy, jednak ciągle mu się myliło. Wkrótce zapanował półmrok, gdyż drzwi u góry przymknęły się od wiatru, który wtargnął zapewne przez dziurę w oknie, znajdującym się w pomieszczeniu, mającym być sypialnią starca. Wówczas mężczyzna zapalił światło, które oświetliło piwnicę.

Nie była to zwyczajna piwnica, którą każdy ma w domu, z szafkami i przetworami, sokami, a może i ziemniakami. Starzec w swojej piwnicy trzymał zgniłe zwłoki swojego psa, który zmarł w nieszczęśliwym wypadku w kuchni. Śmierdziało więc tam nadzwyczaj okrutnie, przyćmiewając zapach pleśni, kurzu i mazi na podłodze. Kiedy starzec po dłuższej nieobecności w piwnicy znów tam schodził, miał odruch wymiotny, więc nie dziwił się, że i dziewczę zwymiotowało w kąt, będąc wrażliwsze od starego gbura.
Popchnął ją nagle w stronę wymiocin, a ona upadła na nich twarzą i brzuchem. Znów zwymiotowała, niemal pod siebie, a on podszedł i przyłożył jej twarz do ziemi, dusząc własnymi treściami żołądka. Opamiętał się jednak i pomógł jej wstać. Wpatrywał się w jej umazaną twarz. Zauważył, że jadła chyba jajko na śniadanie, bo wymiociny były żółte i widać było fragmenty białka. Zbliżył się do dziewczyny i delikatnie pocałował jej policzek, zlizując jej jajko z twarzy. Nie jadł nic dzisiaj, więc takie, prawie wykwintne śniadanie, było miłą odskocznią od suchego chleba na co dzień.
Kiedy skończył się posilać, pchnął dziewczę na mazistą podłogę i upadł na nią całym ciężarem. Dziewczyna krzyknęła po raz pierwszy, a jej piskliwy głos odbił się echem od ścian piwnicy i wrócił do nich wraz z odorem gnijącego mięsa psa i zwróconego śniadania dziewczyny. Smród ten wdrożył się w nozdrza starca, aż mu w oczach pociemniało. A może to stara żarówka miała zwarcie i mignęła raz czy dwa? Poczuł, że ma erekcję. Nie wiedział czy to od dziewczyny, która leżała teraz pod nim, z resztkami jajka na twarzy i ubraniu, czy od tego odurzającego fetoru.
Szamotał się z nią przez chwilę, patrząc jak łzy znaczą czyste ślady na jej policzkach, aż w końcu zdjął z niej płaszcz, pod którym miała białą bluzkę, włożoną w czarną spódniczkę. Oczy zaświeciły się mężczyźnie, gdy mógł tak bezkarnie patrzyć na najidealniejszą modelkę świata, z niebieskimi oczami, zadartym nosem, pełnymi ustami i lokami, otaczającymi jej głowę niczym aureola u anioła. Ona była aniołem, który zesłał mu jego bóg w podzięce za te wszystkie lata dobroci. Rozerwał jej bluzkę, choć musiał pociągnąć parę razy, bo za pierwszym jedynie wstrząsnął dziewczyną. Potem ujrzał jej nagie piersi, nieosłonięte żadnym materiałem, co tylko spotężyło jego erekcję. Zaczął miętosić jej małe piersi, czym wywołał u niej grymas. Zmartwił się, że nie zdoła jej zaspokoić, więc szybko zdjął jej spódnicę i rajtki, a majtki spróbował rozerwać, jednak w końcu je również zsunął. Rozpiął rozporek i bez żadnego ostrzeżenia, nawet nie nawilżając, na siłę wbił się w jej pochwę. Wrzask, który wtedy przeszył okolice, poderwał do lotu ptaki, siedzące na ciemnych koronach drzew przy białej alei.
Koniec.

14.1.18

Efekt motyla | rozdział 3

Brak komentarzy
- Proszę, następny.

- Dzień dobry.

- Witaj. Chciałabyś na wstępie coś powiedzieć? O coś zapytać?

- Chyba nie.

- Więc zacznijmy od początku. Masz siedemnaście lat, tak?

- Mhm.

- Nie bój się, mam tu tylko twoje podstawowe dane, jak imię, wiek i przebyte choroby. Chcesz chusteczkę? Weź, są tutaj. Twoi rodzice czekają pod drzwiami?

- Poszli do domu.

- To chyba powinna być terapia rodzinna... No nic, zatem zaczynamy. Opowiesz mi coś?

- Co?

- O sobie. Coś.

- Nie jestem w tym dobra.

- Spróbuj.

- Ja ich słyszałam, i ona też.

- Musisz zacząć od początku.

- Oni, rodzice, matka i ten jej fagas. Oni się bzykają przy nas, przy mnie i młodszej siostrze. Słychać jej jęki, drze się na cały dom. A przecież jest w ciąży, niedługo rodzi, to obrzydliwe. Potem siostra wstała i pukała mi do drzwi łazienki, bo tam byłam. A oni chwilę zaledwie wcześniej przestali. To paskudne. Są tacy bezwstydni, są potworami!

- Rozumiem.

- Potem poszłam do niej, bo musiałam spytać o kieszonkowe. Ale mi znów nie dała, a ja potrzebuję tej kasy, też mam swoje wydatki. Szczególnie, że w domu często teraz nie ma co jeść, bo ona ciągle robi sobie frytki tylko dla siebie i siostry, a o mnie wcale nie pomyśli. Chodzę głodna, a potem się dziwią w szkole, że nie jem. A jak mam jeść, jak mi się żołądek tak skurczył, że po kęsie jestem pełna?

- Mhm.

- Są zapatrzeni tylko w siebie, ta ich idealna trójka, niedługo czwórka, bo ta mała poczwara pcha się na świat. I oni mnie w tej idealnej rodzinie nie chcą, matka pewnie mnie wywali z domu, gdy skończę osiemnastkę. I gdzie ja się podzieję? Kasy mi pewnie nie da, bo ona dla siebie tylko ma, chociaż mój ojciec płaci alimenty, to dla mnie nic nie zostaje. Niby idzie na jedzenie, ale już mówiłam, jak to z tym jest.

- Tak, mówiłaś. Weź chusteczkę.

- Oni mnie nie potrzebują do szczęścia. I uciekłam, bo nie będę im ciążyć. A teraz taką aferę robią z tego, udają, że im na mnie zależy. Gówno prawda, tylko pozorują tą troskę. Przecież spierdolili stąd, nie interesują się mną. Myślą, że głupia jestem? Że tego nie widzę? Tak to się skończy, mówię pani. Skończy się wszystko niedługo. Tyle tych nowych gier, Niebieski wieloryb, Wróżki ognia czy inne pierololo. Zdechnę, tak jak chcieli, i może wtedy przejrzą na oczy. Może ktokolwiek zobaczy, co stracił. Zobaczy swój błąd. A może to ja jestem tym błędem?

- Nie mówimy o tym.

- Mówimy, to część mojego życia, moich przemyśleń, część mnie. Mam to dusić w sobie? Mam to zdławić? Tak się nie da. W końcu wylezie to ze mnie, wypłynie. Ale razem z czym? Z łzami? Z krwią?

- Dobrze, skupmy się na czymś innym.

- Nie, tu nie ma czegoś innego. Mam dość, wychodzę.

- Zaczekaj.

- Na co? Na kogo? Nikt na mnie nie czeka, więc dlaczego ja mam na kogoś?

- Usiądź, porozmawiajmy.

- Nie mam ochoty.

- Proszę.

- Nie. Do widzenia. Albo raczej do niewidzenia.

12.1.18

Efekt motyla | rozdział 2

Brak komentarzy
Zmartwioną twarzą chłopca, siedzącego zawsze w ostatniej ławce na każdej lekcji, zainteresowała się w końcu nauczycielka, która jako jedyna dorosła osoba w tej szkole, w minimalnym stopniu interesowała się sprawami uczniów. Ów chłopczyna miał piętnaście lat, był nadzwyczaj cichy i samotny. Nigdy nie widziała go w towarzystwie kogoś innego niż jego wysłużonej książki do matematyki. I choć czytał ją na każdej przerwie, wcale nie był najlepszy z tego przedmiotu, ba, kwalifikował się nawet do tych zagrożonych pałą na koniec.

Podeszła do niego, siląc się na miły wyraz twarzy. Przebywając codziennie w szkole pełnej niereformowalnych urwisów przywykła do bycia surową i nieprzyjemną, więc musiała włożyć sporo samokontroli, by jej mina pozostała przyjaźnie nastawiona.

– Co się dzieje? – spytała. Miała dodać na końcu jego imię, ale zdała sobie sprawę, że go nie pamięta.

– Nic, proszę pani – odparł grzecznie, nie podnosząc oczu znad książki. Wydawały się takie smutne i załzawione, choć to może iluzja padającego słońca.

– Dlaczego siedzisz tu sam?

– Bo mogę.

Nauczycielkę aż zapowietrzyło od tej bezczelnej odpowiedzi. Już miała wygłosić tyradę, wezwać rodziców lub narobić mu problemów u dyrekcji, gdy zdała sobie sprawę, że chłopiec nie powiedział nic złego, a nawet to, co rzekł, było mądre.

– Nie wolisz być z kolegami? – zapytała, hamując wściekłość.

– Proszę pani, dlaczego pani się mną teraz przejmuje? Nie robię nic złego, siedzę sobie grzecznie i czytam. – W końcu zerknął na nią, a ona mogła ujrzeć oczy. Były niebieskie, odbijały blask słońca, a po policzku płynęła łza. W nauczycielce zebrała się litość, miała ochotę przytulić biednego chłopaka.

– Myśli pani, że uczniowie mówią komukolwiek o tym, co się w ich gronie dzieje? Że ktoś z dorosłych ma pojęcie o tym, co się dzieje w umysłach młodych, o tym, co robimy, o czym rozmawiamy? Ilu z nas chce popełnić samobójstwo, ilu jest gnębionych, ilu wymiotuje po każdym posiłku? Wie pani, każdy uczeń ma problemy, i żaden nie potrafi sobie z nimi poradzić. Dorośli mówią: „Jakież to można mieć problemy, gdy się jest nastolatkiem?". Bo z waszej perspektywy te problemy wydają się błahe, jednak z naszej są olbrzymią przeszkodą, z którą nie potrafimy sobie poradzić! To nas wypełnia, nasze ciało, naszą duszę, i wylewa się w nocy, razem z łzami, lub nawet z krwią z ran, przeciętych na nadgarstkach, na brzuchu, łydkach, kostkach, żebrach. Nikt nic nie wie, bo nie chce wiedzieć. Dorośli żyją w przekonaniu, że młodzi sami poradzą sobie z tymi wszystkimi problemami, a sami jakby zapominają o tych sprawach, które przytłaczały ich, gdy oni byli w naszym wieku. Te rany, które sobie zadajemy, ten ból, którym się karmimy, te wymioty, których nie potrafimy już powstrzymać... One nie dają nam spać. A noc jest najgorszą porą dnia, bo gdy się nie śpi, trzeba myśleć. I wtedy to wszystko wraca do nas z podwójną siłą, bo jest ciemno, bo możemy to zrobić i nikt nam nie przeszkodzi, bo wszyscy śpią i dowiedzą się dopiero rano, gdy będziemy już martwi.

Wtedy chłopak wstał i pobiegł do drzwi. Wybiegł z budynku, zostawiając osłupioną nauczycielkę na korytarzu, niemo wpatrującą się w ruszające się jeszcze drzwi. Chłopak pobiegł do domu. Był sam, rodzice jeszcze pracowali. Wyjął z szafki żyletkę i nie myśląc nawet, nie roniąc nawet jednej łzy, zacisnąwszy dłoń w pięść, przejechał ostrzem od łokcia po nadgarstek, znacząc krwawą linię, przecinającą pozostałe. I nikt nie wiedział, że chłopak właśnie umiera, nikt mu nie pomógł. Dopiero rankiem, gdy rodziców zaniepokoiło, że nie wstał, ktoś odkrył jego sine ciało.

10.1.18

Efekt motyla | rozdział 1

1 komentarz
Dąb zatrząsł się i runął na krzaki, wprawiając okolicę w drganie. Burza jeszcze się nie skończyła, a zniszczenia były spore. Na skraju lasu, tuż przy rzece, przerwany został kabel z prądem, który pływał sobie teraz z wodą. Ostatni dom po lewej przy ulicy Słonecznej, nazwanej chyba na przekór pogodzie, jaka tu panowała, pogrążył się w ciemności, a niemal w tej samej chwili pozostałe domy również spowił mrok.
Mała dziewczynka, wyglądająca zza zamkniętego okna, przez które i tak czuć było chłód nocy, westchnęła cicho, by nie obudzić swojego ojca. Miała na sobie czerwony szlafrok, który nie był z natury czerwony, tylko nasiąkł krwią, a na gołe stopy założyła jedynie chłodne kapcie, takie najzwyklejsze, w dotyku przypominające zziębnięty karton. Serce stawało jej na moment, gdy widziała kolejne błyskawice, przecinające niebo. Wspaniale czuła się w ciemności.

Chociaż deszcz siekł na dworze, nie przebierając się, wyszła z domu. Od razu przemokła, a wokół jej nóg zaczął się tworzyć czerwony krąg krwi, którego nie mogła, niestety, zobaczyć. Niestety, bo zapewne ucieszyłby ją taki widok. Szczególnie teraz, gdy była burza, a jej zmarznięte i mokre ciało przeszywały dreszcze rozkoszy.

Ruszyła przed siebie, choć cel zajaśniał jej w głowie dopiero po paru minutach. Od razu skierowała tam swoje kroki, nie zważając na to, że będzie musiała przejść przez mokrą trawę. I tak była już mokra, więc co to za różnica?
Dotarłszy na miejsce, skoczyła i zaczęła tańczyć. Jej ciało zanurzyło się w błogim cierpieniu. Krzyczała, a balony powietrza ulatywały z jej ust wprost do nieba.
Następnego dnia znaleźli ją w rzece, a jej ojca w łóżku, bez głowy.

9.1.18

Chwała ofiarom luster | rozdział 8

Brak komentarzy
Widzę siebie. Jestem w pięknej, białej sukni, na głowie mam koronę wysadzaną niebieskimi kamieniami szlachetnymi. Długie, karmelowe włosy spływają mi po plecach. Niebieskie oczy błyszczą niespokojnie, wypatrując niebezpieczeństwa gdzieś w oddali. Znajduję się na czymś miękkim, wokół mnie jest tylko biel. Nie wiem, czym się zaniepokoiłam, nie widzę nic wyróżniającego się spośród bieli, a jednak czuję, że ktoś mnie obserwuje. Obracam się dookoła, wytężam wzrok w poszukiwaniu czegoś lub kogoś. Nagle patrzę w górę. Widzę wielkie, szare oczy i nos jakiegoś mężczyzny. Jego ręce odrywają dach domu, w którym się znajduję, chociaż nie wyglądało na to na początku, i wędrują ku mnie. Nie mogę się ruszyć, nie mogę krzyczeć. Patrzę, jak jego grube łapska ostrożnie biorą mnie i ciągną ku górze. W jego dłoniach wyglądam jak lalka, jestem tak mała, jak jego palec. Zamykam oczy, oślepia mnie światło.

Gdy je ponownie otwieram, siedzę na fotelu ginekologicznym, jestem cała naga, a przede mną siedzi stary lekarz. Chcę zejść, ale jestem przywiązana. Zaczynam się szamotać, krzyczeć, żeby mnie wypuścił, ale on tylko patrzy na mnie przez chwilę ponurym wzrokiem i sięga po jakieś narzędzie ginekologiczne. Spogląda mi między nogi i zaczyna coś wkładać we mnie. Płaczę, histerycznie wrzeszczę i wyrywam się. Czuję przeszywający ból, kiedy jakiś zimny przedmiot wsuwa się we mnie.
Gwałtownie otwieram oczy i krzyczę. Jestem cała mokra, lepię się do koszuli nocnej. Siadam na łóżku, cała zdyszana. Jest już poranek, przez grube zasłony sączy się promień słońca. Zegar wskazuje siódmą rano. Moim ciałem wstrząsają dreszcze.
Rozglądam się po pokoju, powoli się uspokajam. „To tylko sen!", tłumaczę sobie. Jednak ciągle myślę o tym bólu.
- Ale się panienka rzucała przez sen. - Do sali wkracza Zbyszek. - Czyżby śnił się panience koszmar?
- Tak, śniła mi się dzisiejsza wizyta u lekarza - mówię cicho. Zauważam, że nie ma nigdzie Julki. Pytam o nią doktora.
- Jest już na śniadaniu - oznajmia Zbyszek. - Na panienkę też czeka posiłek.
- Nie jestem... - zaczynam, ale widząc minę lekarza milknę, i bez słowa ubieram kapcie i szlafrok szpitalny.
Zbyszek prowadzi mnie przez zawiłe korytarze. Na ścianach widzę mdłe obrazy krajobrazów. Nie pasują do bladożółtej farby. Okna są szczelnie zasłonięte, panuje tu półmrok, jak wszędzie na drugim piętrze.
- Dlaczego tu tak ciemno? - pytam. - Dlaczego nie osłonicie okien?
- Ależ panienka ciekawska - mówi lekarz, a ja się rumienię. - Dla waszego bezpieczeństwa.
Rozmyślam nad słowami Zbyszka, gdy nagle czuję woń pysznej owsianki i kakao. Biorę głęboki oddech, żeby zapamiętać ten cudowny zapach.
- Tam jest stołówka. - Lekarz pokazuje palcem otwarte, duże drzwi naprzeciwko mnie. - Zaraz po śniadaniu masz spotkanie z psychologiem.
- Dzięki. - Niepewnie ruszam w stronę drzwi. Kątem oka widzę, jak Zbyszek się mi przygląda.
Wchodzę do obszernej sali. Światło zapewniają wielkie lampy wiszące pod sufitem. Chude dziewczyny siedzą, jedna koło drugiej, przy podłużnym stole. Przed każdą stoi miseczka z owsianką, kubek z napojem i jabłko. Szukam wzrokiem wolnego miejsca.
- Grażyna! - Słyszę.
Wędruję wzrokiem po sali, aż widzę Julkę. Siedzi prawie sama, przy jednym z mniejszych stolików ustawionych pod ścianami. Idąc w jej stronę, widzę, jak bardzo dziewczyny wmuszają w siebie jedzenie. Jak każda łyżka z trudem jest przełykana.
Siadam koło Julki, widzę przede mną miskę z parującym posiłkiem. Ukradkiem spoglądam na miskę przyjaciółki. Jej owsianka jest ledwie naruszona, a ona nie zamierza jeść dalej. Biorę łyżkę w rękę i ostrożnie zanurzam jej czubek w misce, po czym, jeszcze ostrożniej, wkładam ją do ust. W myślach przekonuję siebie, że to tylko odrobina jedzenia. Nic mi się nie stanie, nie przytyję.
Nie mogę się zmusić do kolejnej porcji posiłku, siedzę więc bezczynnie i co jakiś czas odpowiadam na pytania Julki, która jest bardziej śmiała ode mnie.
- Dlaczego tu jesteś?
- Bo zemdlałam.
- Wymiotowałaś kiedyś?
- Niestety tak... To dlatego mnie przenieśli na drugie piętro. Gdyby mnie nie złapali, może wypuściliby mnie stąd. Ale jakoś się specjalnie z tym nie kryłam - mówię ze wstydem.
- Niemądra jesteś. Powinnaś to staranie ukrywać! - przyucza mnie Julka. Myślę, że jeszcze wielu rzeczy się od niej nauczę. - Woła cię psycholożka. - Dziewczyna kiwa głową w stronę wyjścia z jadalni.
Patrzę w tamtą stronę i dostrzegam Renatę, która spogląda na mnie z uśmiechem.
- Powodzenia, ona jest chora - mówi Julka, a ja wstaję i ruszam w kierunku Renaty.
- Dzień dobry - mówię, chociaż wcale nie mam ochoty na grzeczności.
- Witaj - mówi psycholog, uśmiechając się.
Zachęca mnie gestem do wyjścia ze stołówki. Wchodzę więc w półmrok korytarza. Renata prowadzi mnie przez korytarze, aż stajemy przed białymi drzwiami.
- Tutaj odbędzie się nasze pierwsze spotkanie - oznajmia, po czym otwiera drzwi i wpycha mnie do pokoju.
Kolejne rozdziały od pierwszego lutego.

8.1.18

Chwała ofiarom luster | rozdział 7

1 komentarz
- Cześć. - Słyszę ciche przywitanie.

Jej nieśmiały głosik pełen jest bólu i cierpienia, tak samo jak oczy. Widzę niezdecydowanie na jej twarzy, jakby usiłowała mnie sobie przypomnieć.
- Cześć - szepczę.
Nie przywykłam do rozmów z rówieśnikami, w szkole zawsze byłam sama ze swoją książką. Uciekałam w świat opowiadań, zapominając o normalnym życiu. To było tak, jak cięcie się. Pomagało zapomnieć i chociaż przez chwilę poczuć ulgę, a nawet szczęście.
- Widziałam cię już wcześniej - mówi dziewczyna.
- Tak, na pierwszym piętrze - potwierdzam cicho. - Jestem Grażyna.
- Jula.
- Lekarz już mi mówił jak się nazywasz.
Siadam na łóżku, żeby móc lepiej przyglądnąć się nowej znajomej. Ona również siada. Widzę jej kościste nogi. Nawet ja nie mam takich. Bardzo mi się podobają. W myślach przysięgam sobie, że też takie będę miała.
- Rozmawialiście o mnie? - pyta ze zdziwieniem Julka.
- Nie, tylko się zastanawiałam, co się z tobą stało. Zniknęłaś z dawnej sali - mówię cicho.
- Przenieśli mnie tutaj, byłam całkiem sama, bez rodziców, bez nikogo. - Julia ukrywa twarz w dłoniach. - Wmuszali we mnie jedzenie, a ja nie chciałam jeść.
- I co ci zrobili?
- Grozili, że jeśli nie zacznę jeść, zamkną mnie tu na zawsze - chlipie dziewczyna. - Jadłam odrobinę, a resztę... - milknie w pół zdania i podchodzi do mnie. - Wymiotuję do słoików, które trzymam pod łóżkiem. Na razie się nie połapali. - Szepce mi do ucha.
Mimowolnie kieruję wzrok pod łóżko Julki, nie zauważam niczego podejrzanego. Dziewczyna siada koło mnie, czuję jej wystające kości.
- Jak to odkryją... - zawieszam głos. Nie wiem, co mam myśleć.
- Wolę o tym nie wspominać - mówi dziewczyna. - Monitorują nas, ciągle śledzą...
- Jak to? - dziwię się.
- Popatrz tam - wskazuje palcem kąt pokoju.
Małą, czarną kamerkę nie sposób zauważyć na pierwszy rzut oka. W półmroku wygląda jak część ściany. Z niedowierzaniem patrzę na Julkę.
- Nie wiedziałaś? - pyta, widząc moją minę. Kręcę głową.
- Możemy jutro porozmawiać? - proponuję nieśmiało. - Jestem zmęczona.
- Jasne. - Julka wstaje z łóżka i idzie do swojego.
Widzę przez chwilę jej ciało bez kobiecych kształtów, same kości. Kładę się i otulam kołdrą. Nie chcę patrzeć na nową koleżankę, odwracam się więc do ściany i zamykam oczy. Na chwilę zapomniałam o jutrzejszym ginekologu, ale teraz myśli powróciły. Znów czuję ucisk w brzuchu, denerwuję się, jak to będzie. Wyobrażam sobie siebie, gdy siedzę na tym fotelu. Nie mogę zasnąć, boję się.
Godziny mijają, wsłuchuję się w regularny oddech Julki. Słyszę jakieś krzyki z niższego piętra. Po korytarzu przechadzają się lekarze, rozmawiają półgłosem, ale nie rozumiem ani słowa. Nagle ktoś wchodzi do sali. Czuję, że coś mi przypina do kaniuli, ale boję się ruszyć. Wbrew sobie zasypiam.

7.1.18

Chwała ofiarom luster | rozdział 6

3 komentarze
Ja zjadłam! Muszę się tego pozbyć z siebie, zanim jeszcze to przetrawię! Rozglądam się po pokoju, wychylam się i zaglądam przez otwarte drzwi na korytarz. Nikogo nie widzę, siadam więc na łóżku i próbuję odczepić rurki. Jednak są jak przyklejone. Wpadam w panikę. Jeśli nie zwymiotuję, znów przytyję! Szarpię rurki, aż wyrywam kaniulę. Krew tryska, ale przytrzymuję małą rankę chusteczką i w kilku susach dopadam do drzwi toalety. Nie obchodzi mnie nic innego, chcę się tylko pozbyć jedzenia z żołądka. Zatrzaskuję drzwi i szukam zamka, jednak nie można się zamknąć od środka. Rozbieram się z koszuli nocnej i zwijam ją, jak linę. Zawiązuję klamkę koszulą, a drugi jej koniec trzymam mocno w ręce. Nikt tu nie wejdzie, póki będę mocno trzymać.

Klękam przy toalecie i wkładam głowę do środka. Siłą umysłu jednak nie zwymiotuję. Dwoma palcami dotykam tylnej ścianki gardła. Inny sposób nie przychodzi mi do głowy. Nie mam czasu się jednak zastanawiać, bo ciałem wstrząsają dreszcze, a ja wymiotuję obiadem. O wiele lepiej smakował wcześniej. Naprędce wstaję i myję szybko zęby, żeby nikt nic nie zauważył. Patrząc w lustro uświadamiam sobie, że jestem naga, rozwiązuję więc klamkę i ubieram pomiętą koszulę.
Wychodzę z ubikacji i widzę grupkę lekarzy, patrzących na mnie ponuro. Lekko podnoszę kąciki ust, chcę ich uspokoić, że tylko się wysikałam. Jednak gdy tylko otwieram buzię, jeden lekarz doskakuje do mnie i wbija mi w ramię strzykawkę z jakimś płynem. Obraz się zamazuje, tracę przytomność.
Jeszcze zanim otworzę oczy czuję, że okropnie boli mnie lewa ręka. Dopiero po chwili przypominam sobie, że wyrwałam rurki. Czuję ulgę, że udało mi się zwymiotować. Nie przytyję.

Odważam się otworzyć oczy. Jestem w innym pokoju, zasłony są szczelnie zasłonięte, dopiero po chwili udaje mi się przyzwyczaić wzrok do półmroku. W tej sali nie ma ani fotela, ani stolika, nawet drzwi to toalety. Po przeciwnej stronie pokoju widzę jednak drugie łóżko, a na nim, szczelnie przykryta, leży jakaś dziewczyna.
„Cholera", myślę. Nie chcę mieć z nikim do czynienia. Nie chcę rozmawiać ani słuchać. Cicho wstaję z łóżka i boso wybiegam z sali z zamiarem udania się do recepcji i poproszenia o pojedynczą salę.
Biegnę przez korytarze, które wyglądają zupełnie jak przy dawnym pokoju, jednak panuje tu półmrok i nie ma szklanych ścian. Dopadam do wind, chcę jechać na parter, ale drzwi nie chcą się otworzyć. Na próżno wciskam guziki.
Rozglądam się niespokojnie, szukam schodów, jednak nic nie widzę. Zaczynam walić w drzwi windy. Echo roznosi się po całym korytarzu. Nie patrzę, co się dzieje dookoła, uderzam w drzwi, aż bolą mnie dłonie zawinięte w pięści.
Nagle czuję, jak silne dłonie ciągną mnie w górę i unieruchamiają. Nie mogę się odwrócić, wiję się, ale ucisk nie słabnie.
- Uspokój się. - Słyszę głos mężczyzny. Zaczynam jeszcze bardziej się szamotać i krzyczeć.
- Wypuść mnie! - drę się.
W odpowiedzi słyszę to samo, co wcześniej. Wcale nie mam ochoty się uspokoić.
- Chcę stąd wyjść! Trzymacie mnie tu bez mojej zgody!
- Niechże panienka się uspokoi. - Podchodzi do mnie lekarz, którego już znam. Zbigniew. Momentalnie przestaję się wyrywać i patrzę na niego. - Tak lepiej - uśmiecha się lekko. - Niech panienka idzie ze mną.
Czuję, jak opadam na ziemię. Spoglądam przez ramię na mężczyznę, który mnie trzymał. Na czarnej kurtce widnieje napis OCHRONA. Patrzę mu w oczy z nienawiścią, a on odwraca się i odchodzi nieśpiesznie.
- Zapraszam panienkę na przechadzkę. - Głos lekarza odrywa mnie od rozmyślań nad ochroniarzem.
Kieruję na niego wzrok. Stoi na środku korytarza, jakby bał się, że mu ucieknę. Kątem oka dostrzegam, że ochroniarz stoi niedaleko nas. Wzdycham i podchodzę do Zbyszka.
- Pan jest moim lekarzem? - pytam nieśmiało.
- Tak - uśmiecha się. - Możesz mi mówić Zbyszek.
- Dziękuję. - Spuszczam wzrok. - Dlaczego mnie przeniesiono do innego pokoju? I to jeszcze dwuosobowego!
- Zmusiłaś nas do przeniesienia cię na drugie piętro - wyjaśnia Zbyszek. - Tutaj są tylko dwuosobowe pokoje.
- Ale dlaczego? - chlipię cicho.
- Zrobiłaś coś niedozwolonego. - Lekarz kręci głową. Domyślam się, że chodzi mu o wymioty. - Jutro się spotkasz z psychologiem w grupie.
- Jak to w grupie?
- W grupie anorektyczek. - Lekarz przygląda się mojej reakcji.
Patrzę na niego z niedowierzaniem. Chcę puścić się biegiem i skryć gdzieś, gdzie nikt mnie nigdy nie znajdzie. Powstrzymuję się jednak i zostaje przy Zbyszku, który powolnym krokiem przemierza korytarz w stronę mojej nowej sali. W głowie dudni mi stwierdzenie, że jestem anorektyczką.
- Ależ ja nie jestem anorektyczką! - krzyczę w końcu. - Przecież zjadłam, jak pan prosił!
- A potem to zwymiotowałaś, po tym, jak wyrwałaś sobie kroplówki - stwierdza lekarz.
Czuję palące rumieńce na policzkach, ale nie żałuję, że pozbyłam się posiłku z żołądka.
- Przepraszam - mówię.
- Nie mnie przepraszaj, przeproś siebie.
Nie rozumiem lub nie chcę zrozumieć słów doktora. Posłusznie pozwalam się wprowadzić do mojej sali i usadzić na łóżku.
- I jak się teraz panienka czuje? - pyta Zbyszek szeptem, żeby nie obudzić śpiącej dziewczyny.
- Kto to jest? - ignoruję pytanie i ruchem głowy wskazuję na drugie łóżko w pokoju.
- To Julka. To ona leżała w sąsiedztwie twojego dawnego pokoju - odpowiada lekarz.
- Czym się różni to piętro od pierwszego? - pytam niespokojnie.
- Tutaj leżą bardzo chore dziewczęta - wyjaśnia.
Chowam twarz w dłoniach. Rozmyślam nad tym, że jestem chora. Jestem anorektyczką. Co dalej?
- Co teraz?
- Teraz będziesz leczona, najlepiej, jeśli od razu się na to zgodzisz - mówi lekarz.
- A jak się zgodzę to mnie wypuścicie?
- Jeśli stan panienki się poprawi to jak najbardziej. - Zbyszek uśmiecha się krzepiąco.
- Gdzie moi rodzice? - pytam.
- Nie mogą tu wchodzić.
- Dlaczego? - czuję, że łzy napływają mi do oczu.
- Wszystko w swoim czasie. Zbadam cię, połóż się.
Posłusznie kładę się i podnoszę głowę, podczas gdy lekarz dotyka mojej szyi, brzucha i nóg. Czuję, jak jego delikatne dłonie suną po wystających kościach.
- Muszę ci zadać parę pytań - mówi, gdy kończy mnie badać.
- A rodziców pan nie pytał?
- Nie wiedzą wszystkiego - wyjaśnia. - Kiedy miałaś ostatnią miesiączkę?
- Nie pamiętam, jakieś trzy miesiące temu - mówię, a lekarz kreśli coś na karcie.
- Współżyłaś kiedyś? - Słyszę i rumienię się.
- A rodzice nie wiedzieli?
- Oczywiście zaprzeczali, ale lepiej spytać u źródła. Więc?
- Jestem dziewicą. - Czuję rumieńce na policzkach.
- Będzie musiał zbadać cię ginekolog - mówi Zbyszek.
Robię wielkie oczy. Czuję ucisk w brzuchu, jak zawsze, kiedy się denerwuje. Przed oczami przelatują mi okropne przyrządy ginekologiczne. W myślach widzę fotel, na którym siedzę naga, z rozchylonymi nogami, a jakiś obcy mężczyzna w białym fartuchu ogląda moje ciało.
- Nie! - zaprzeczam. - Nie pójdę do ginekologa!
- Spokojnie, nie bój się - uspokaja lekarz.
- Nie chcę! - zaczynam płakać.
- Nic nie będzie bolało, spokojnie. - Zbyszek łapie mnie za rękę i energicznie ściska. - Spokojnie.
- Ale ja nie chcę - chlipię.
- Niestety, musisz - tłumaczy lekarz. - Ale spokojnie, nasz ginekolog jest bardzo delikatny. Od lat pracuje z małymi pacjentkami. Nie masz się czego bać.
- To kobieta? - pytam z nadzieją.
- Tak, to doktor Małgorzata Drobny - słyszę i lekko się uspokajam.
„Z kobietą nie powinno być tak źle", przekonuję sama siebie w duchu.
- Naprawdę, jest świetnym lekarzem - dodaje Zbyszek.
- Kiedy muszę do niej iść?
- Dziś chyba już nie ma czasu, zaraz będzie cisza nocna - wyjaśnia doktor i wymownie spogląda na zegar. Dochodzi dwudziesta pierwsza. - Jutro, przed południem, chyba że wolisz po spotkaniu z psychologiem?
- Tak! Jak najpóźniej! - szybko mówię, a lekarz nieznacznie się uśmiecha.
- Dobrze, więc po psychologu. - Zbyszek znów zapisuje coś na karcie. - Panienka wybaczy, muszę iść na obchód. A teraz proszę już się kłaść do łóżka i do spania.
- A gdzie toaleta? - pytam nieśmiało. Lekarz mierzy mnie wzrokiem.
- Niech panienka ze mną pójdzie - mówi i wychodzi z sali. Ruszam szybko za nim. - To tu, proszę się pośpieszyć, zaczekam. - Wskazuje białe drzwi.
Szybko wchodzę do łazienki, tutaj także nie można się zamknąć. Gdy wychodzę, lekarz zerka na mnie podejrzliwie, ale bez słowa prowadzi do pokoju i zaprasza na łóżko. Włażę pod kołdrę i zamykam oczy. Zbyszek wychodzi i zamyka drzwi.
Myślę o jutrze, wyobrażam sobie wizytę u ginekologa. Boję się. Nagle słyszę jakiś ruch w pokoju. Otwieram ostrożnie jedno oko i widzę dziewczynę, która spogląda na mnie ze swojego łóżka.